„Targowisko to nie tylko przestrzeń architektoniczna, ale przede wszystkim sytuacja społeczna. Na bazar można przyjść porozmawiać z innymi ludźmi, wymienić plotki, pożartować. To jakość, której nie spotkamy w żadnych sklepie wielkopowierzchniowym, gdzie praca kasjerki polega na tym, żeby jak najszybciej obsłużyć klientów i klientki”.
REKLAMA
Do 19 maja na stronach miasta można wypełnić ankietę o tytule „Czy targowiska są potrzebne?”
Obecnie jest to ważne pytanie, ponieważ bardzo potrzebujemy debaty o polityce wobec lokalnego handlu. Musimy sobie odpowiedzieć, czy naprawdę, jak wynika z raportu firmy Aecom, Warszawa potrzebuje jeszcze 17 centrów handlowych? Czy może zamiast wspierać sklepy wielkopowierzchniowe powinniśmy zastanowić się jak chronić i promować lokalny handel? Co zrobić, żebyśmy niezależnie od tego, gdzie mieszkamy mieli dostęp do świeżych zdrowych produktów? Od pietruszki, przez sery po proszek do prania i kosmetyki, oraz zestaw nici. W jaki sposób rozmieścić punkty usługowe, tak abyśmy nie potrzebowali samochodu, aby zrobić podstawowe zakupy, bo wszystko, co potrzebne na co dzień jest blisko domu?
Jednak wbrew tytułowi ankieta „Czy targowiska są potrzebne?” nie dotyczy wszystkich targowisk, ani ich miastotwórczej roli, ale jedynie tych okazjonalnych i jednodniowych. Możemy wskazać lokalizację targu jednodniowego, ale już nie wypowiedzieć się na temat przyszłości bazaru Różyckiego, hali Banacha czy bazaru Szembeka. Tak jakby zanikanie bazarów był już faktem dokonanym, z którym musimy się pogodzić. Jak z tym, że zamiast lokalnego bazarku z dostępnymi cenowo produktami będzie teraz drogi bio bazar, albo targ śniadaniowy, a tanie warzywa kupimy jedynie w dyskoncie. Nie możemy wypowiedzieć się czy podoba nam się takie postawienie sprawy. W ankiecie możemy jedynie wybrać miejsce dla okazjonalnych targowisk oraz określić preferowane godziny ich funkcjonowania.
To zawężenie tematu targowisk do tych okazjonalnych, nie dziwi. Warszawskie bazary znikają, bo nie mieszczą się w obecnym kierunku rozwoju Warszawy. Dla klasy rządzącej są wstydliwym reliktem dawnych czasów. Widać to dobrze w spocie zamówionym na dziesięciolecie Polski w Unii Europejskiej, 10 lat świetlnych - 10 lat w Unii Europejskiej.
Świat bazarów to świat, do którego decydenci nie chcą wracać. Nie chcą też szukać formuły, która pozwoliłaby podnieść jakość przestrzeni miejskiej, a jednocześnie zachować targowiska.
Przez ostatnie lata obserwujemy zanikanie tradycyjnych warszawskich targowisk. Zniknęła Hala Koszyki. Na miejscu bazaru Szembeka powstanie centrum handlowe. Przemianę przechodzi również bazar Banacha. Ważą się losy „Rożyca”. W Śródmieściu ostała się jedynie Hala Mirowska. Warszawskie targowiska zajmują cenne grunty, które deweloperzy chętnie przekształciliby w drogą mieszkaniówkę lub przestrzenie biurowe. Albo, jak w przypadku zagrożonego bazarku na Czerniakowie przy ul. Nehru, stoją na gruncie, na którym planowana jest droga.
Niegdyś bazary były właśnie miejscami, gdzie można było kupić wszystko, co jest potrzebne. Obecnie ich miejsce zajmują sklepy wielkopowierzchniowe. Sterylne anonimowe przestrzenie łatwo wypychają targowiska, które części społeczeństwa kojarzą się z bylejakością i tandetą. Jednak przekonanie, że mamy do czynienia z dychotomią – albo prowizorka straganów albo sterylne zamknięte hale kupieckie – jest nieprawdziwe.
Jak inaczej można myśleć o przyszłości targowisk pokazał wrocławski projekt Aleksandry Wasilkowskiej, Bazaristan. Wasilkowska wzięła na warsztat podupadłe targowisko przy ul. Ptasiej na Nadodrzu. Ważnym elementem projektu były rozmowy z lokalnymi kupcami o ich potrzebach i możliwościach finansowych, ponieważ odnowienie przestrzeni,, do której nie wrócą jej poprzedni użytkownicy jest porażką. Bowiem targowisko to nie tylko przestrzeń architektoniczna, ale przede wszystkim sytuacja społeczna. Na bazar można przyjść porozmawiać z innymi ludźmi, wymienić plotki, pożartować. To jakość, której nie spotkamy w żadnych sklepie wielkopowierzchniowym, gdzie praca kasjerki polega na tym, żeby jak najszybciej obsłużyć klientów i klientki.
Wasilkowska nie tylko zauważa i docenia społeczną funkcję bazarów, ale również postanowiła ją rozwijać dając bazarowi nowe, popołudniowe i wieczorne życie. Projekt Bazaristan zakłada możliwość uzupełnienia straganu o wielki, wspólny stół, krany, wodę oraz kuchnię. Dzięki temu można kupione warzywa i inne produkty od razu przyrządzić i zjeść z innymi ludźmi. Bazar uzupełniony o zaplecze gastronomiczne mógłby dłużej być tętniącym życiem miejscem, zwłaszcza wiosną i latem. Wyzwaniem obecnie jest nie tyle szukanie miejsc dla targowisk jednodniowych, tylko nowej formuły dla bazarów, która pozwoli ocalić ich klientelę oraz niskie ceny, a jednocześnie będzie wysokiej jakości przestrzenią publiczną.
Targowiska są ważnym elementem miastotwórczym. Dlatego musimy o nich rozmawiać. Debata o przyszłości targowisk nie może się jednak odbywać z pominięciem warszawskich bazarów z ich całą historią oraz abstrahując od specyfiki dzielnic. Być może w Śródmieściu i na Żoliborzu ze względu na brak przestrzeni targowiska jednodniowe są optymalną formułą, ale na pewno nie we wszystkich dzielnicach.
Chociaż władze Warszawy myśląc o targowiskach widzą głównie targi jednodniowe, to Warszawiacy, środowisko miejskich aktywistów oraz kupcy są gotowi szukać sposobu na obronę warszawskich bazarów. Widać to było wyraźnie podczas debaty „Rewitalizować, przebudowywać czy likwidować. Jaka przyszłość czeka warszawskie bazary?” zorganizowanej przez Sylwię Chutnik 26 kwietnia, w klubokawiarni Offside na tyłach bazaru Różyckiego. Byli tam kupcy, aktywistki, działacze społeczni oraz klienci bazarów. I jak podkreślał jeden z kupców: spotkanie w tak zróżnicowanym gronie daje nadzieję na zmianę, bo wcześniej bazarów bronili głównie kupcy. Teraz robią to również mieszkanki i mieszkańcy Warszawy. Jest zatem szansa na zmianę.
