Czy wielkopowierzchniowy sklep spożywczy naprawdę niszczy wizerunek najdroższej warszawskiej ulicy bardziej niż zaniedbane i zdewastowane elewacje? Czy Biedronka na Nowym Świecie tak bardzo różni się od innych sklepów wielkopowierzchniowych, które niszczą lokalny handel? W końcu, czy prestiżowy wymiar Nowego Światu przykrywać musi troskę o warunki życia lokalnych mieszkańców?

REKLAMA
Ostatnimi czasy ekspansja Biedronki porusza debatę publiczną. Po ataku na lokal kina Femina, który wywołał falę słusznego oburzenia przyszedł czas na Trakt Królewski. Od kilku dni słychać, niemal jednogłośnie, protesty przeciwko obecności sklepu Biedronka na Nowym Świecie. Argumenty, które przytaczają przeciwnicy sklepu to utrata przez ulicę ekskluzywności, elegancji. Nowy Świat to w świadomości protestujących przeciwko obecności pospolitego dyskontu lepszy, bardziej wyrafinowany świat. Ulica, którą można bez wstydu pokazać przyjezdnym, na której najłatwiej spotkać turystów, zrobić drogie zakupy czy, niczym w śródziemnomorskim kurorcie, wypić kawę siedząc przy kawiarnianym stoliku. I nagle w samym środku tego efektownego obrazka, obok kawiarni Bliklego i sklepów z biżuterią powstanie sklep dla najbiedniejszych. Na Nowym Świecie powstanie Biedronka. "Czy to koniec Nowego Światu?", "Ostateczny upadek prestiżowej dzielnicy" - to kilka z nagłówków opisujących sytuację. Czy aby na pewno nie mamy większych problemów?
Przyjrzyjmy się bliżej naszej "najbardziej reprezentacyjnej" ulicy. Wystarczy krótki spacer by przekonać się, że wyjątkowość i piękno Nowego Światu to pojęcia nieco na wyrost. Na odcinku pomiędzy rondem de Gaulle'a a ulicą Foksal ściany budynków wyglądają jak na zaniedbanym, niedofinansowanym osiedlu a nie "salonie stolicy”. Niemal na każdym metrze kwadratowym elewacji znajdziemy bazgroły i malunki. Spojrzenie w głąb budynków ujawni prawdę jeszcze trudniejszą. W nieremontowanych z powodu reprywatyzacyjnych roszczeń kamienicach, często w kiepskich bardzo warunkach, mieszkają ludzie. Można wątpić czy świadomość mieszkania na ekskluzywnej ulicy i dostępność pierwszorzędnych kawiarni wynagradza im brak remontu i czy tani spożywczak pod domem będzie dla nich szczególną tragedią. W dyskusji wokół Nowego Światu głos samych mieszkańców okolicy jest słabo słyszalny.
logo

Tymczasem w 2008 roku to właśnie sami mieszkańcy i mieszkanki Warszawy zatroszczyli się o wygląd reprezentacyjnej ulicy. Zorganizowali akcję zamalowywania bazgrołów. Zaczęło się od Stowarzyszenia Mieszkańców ul. Smolnej, do inicjatywy szybko dołączyły inne stowarzyszenia: Inicjatywa Firm Rodzinnych i Stowarzyszenie Chmielna. Na pomoc ruszyli artyści, stowarzyszenie Miasto moje a w nim, dzieci z okolicznych szkół i ówczesna stołeczna konserwator zabytków Pani Ewa Nekanda-Trepka. Burmistrz Śródmieścia sfinansował farby. Bazgroły niestety szybko powróciły, a miasto nie zadało sobie trudu aby trwale o ulicę zadbać. Zabrakło pomysłu i politycznej woli.
Wielkopowierzchniowe sklepy niszczą drobny handel
Prawdziwym problemem, wykraczającym daleko poza perspektywę Nowego Światu jest oczywiście coraz większa ilość wielkopowierzchniowych sklepów i ich dewastujący wpływ na okoliczny drobny handel i usługi. Problemem nie jest tu jednak żaden prestiż, ale destrukcja lokalnych społeczności z ich instytucjami i więziami, utrata miejsc pracy, rozpad lokalnej kultury. Galerie handlowe i dyskonty wysysają życie z kolejnych ulic. Pieniądze, które mogłyby wspomóc lokalną gospodarkę wyparowują gdzieś na globalnym rynku a wraz z nimi wyparowuje zaufanie i poczucie lokalnej wspólnoty. Jako kandydatka na prezydentkę jestem zdeterminowana aby wspierać lokalny handel. Jeśli Warszawa ma być prawdziwie przyjaznym, nowoczesnym miastem, mieszkanki i mieszkańcy stolicy muszą mieć możliwość realnego kształtowania swojego najbliższego otoczenia. Tymczasem w sporze pomiędzy ekskluzywnym butikiem, a przaśnym dyskontem mieszkańcy liczą się najmniej.
logo