- O, samochód przyjechał. Gość z niego wysiada. O, idzie do nas – opowiadała, zaciągając śpiewnie z wschodnim akcentem, sąsiadka z trawnika. Trawnik przed drewnianymi domkami, na nim nasz kocyk, plansza do gry w Kalambury, moja córcia, upał i stres. Mój stres, powarszawski, zagoniony, zapracowany, jeszcze nie osadzony w ciszy. Szok. Obok duży materac, roczna Emilka i jej babcia Aniela, obie bardzo spokojne.
REKLAMA
Za chwilę (przestaję patrzeć na zegarek) przychodzi koleżanka Anieli. Pyta, skąd jesteśmy.
- A, z Warszawy, a my tu wszyscy z Mazur, ale mąż dostał pracę, no to jesteśmy tutaj, już 10 lat - nie zaciąga, za to kontynuuje opowieść życia. - Szwagier to w Mikołajkach prywatnym samolotem latał, z Warszawy dowoził te wszystkie gwiazdy, polityków, dla mnie znana twarz, to jak splunąć, za dużo się tego naoglądałam. A jakie oni rzeczy robili, proszę Pani, co ja się napatrzyłam...
- A, z Warszawy, a my tu wszyscy z Mazur, ale mąż dostał pracę, no to jesteśmy tutaj, już 10 lat - nie zaciąga, za to kontynuuje opowieść życia. - Szwagier to w Mikołajkach prywatnym samolotem latał, z Warszawy dowoził te wszystkie gwiazdy, polityków, dla mnie znana twarz, to jak splunąć, za dużo się tego naoglądałam. A jakie oni rzeczy robili, proszę Pani, co ja się napatrzyłam...
Zaczynam się wiercić, już czuję, że po urlopie, więc rzucam pytanie: - A jak tu się żyje? Uff, trafiłam. - Tu piękniejsze jeziora, bardzo dużo („Tam każde przepłynęłam w poprzek, a tu nawet połowy jeszcze!”), czyste, ludzie dobrzy, gospodarni... Odeszła. Zostały Pani Aniela, Amelka i moja córcia - poszła karmić kozę.
Za chwilę wchodzę na fejsa. Tak, złapałam zasięg, sprawdzam, co słychać - cholerny nawyk. A tu samoloty, wojna jedna, wojna druga, ludzie się tłuką prawie, kto kogo zestrzelił i czy w Smoleńsku też, rząd dobry, ale fatalny, ostatnie wyniki sondaży, Jacek Kurski, podatki, policja, lans na trupach, lans na obrazkach z zawsze aktualnymi sentencjami, lans na wakacyjnych fotach... Zajęło mi to 10 minut, już wszystko wiedziałam i znów zaczęłam patrzeć na zegarek.
Rozejrzałam się, nic tu do lansu nie ma. Ratunku szukam na niebie - jest! Lecą samoloty, jeden, drugi, trzeci, piąty,... dziewiąty! O, to może już wojna? Pytam Pani Anieli, co tak dzisiaj latają. Leniwie patrzy w górę, potem na mnie i znów w przestrzeń. - O, znów samochód przyjechał. Gość idzie. I dziecko idzie. A teraz wracają. No i gdzie oni pojadą?
I wtedy ostatecznie zakochałam się w Podlasiu.
I wtedy ostatecznie zakochałam się w Podlasiu.
