Proste pytanie: kto z nas ma prawo oceniać cudze decyzje i działania? Tak na logikę nikt, poza ewentualnie systemem sprawiedliwości w sytuacji przekroczenia prawa. Sam fakt oceny oznacza podniesienie oceniającego na piedestał, w roli tego, który wie lepiej, zaś oceniany to ten, który wciąż się uczy. Nie wiem jak zmierzyć wartość dzisiejszej wiedzy wszelkiej maści oczytanych specjalistów od Powstania Warszawskiego wobec młodzieńczego zrywu, miłości, namiętności, przyjaźni i wiary w cud.
REKLAMA
Równo dziesięć lat temu, poznałam Panią Zosię - przepiękną 80-latkę, jedną z przywódczyń Powstania Warszawskiego. Jadałyśmy razem obiady w uroczej jeszcze wówczas nadmorskiej miejscowości Dębki, spotykałyśmy się przypadkiem na plaży i gadałyśmy o tym i owym. Pani Zosia miała w sobie ten rodzaj spokojnej mądrości i życzliwości, dzięki którym czułam się bezpiecznie.
Potrzebowałam tego - byłam w drugiej ciąży, hormonalna, humorzasta, grubawa, powolna. Dookoła obcy ludzie, którzy latali wokół mnie z katalogiem rad bezcennych: - nie opalaj się, - nie tutaj, nie teraz, nie z tej strony, opalaj się (witamina D!), wstawaj rano, dużo śpij, spaceruj, nie siedź w ogródku, połóż się, jedz to, nie jedz, jedz co chcesz... Uśmiechnij się. Nie śmiej się tak głośno (dziecko na pewno śpi!). Spora różnorodność: krzywe spojrzenia i serdeczne uwagi. Nie prosiłam o nie, tym bardziej, że u boku miałam dobrego męża i 5-letniego synka - żywego, zdrowego i wesołego - twardy dowód, że może jakoś sobie poradzę.
Panią Zosię interesowało tylko jak się czuję, czy się wyspałam i co sądzę na temat koncepcji „Samotnych wysp” Jacka Santorskiego, którą drogą wracam do Warszawy oraz czy mój synek lubi naleśniki. Auto prowadziła świetnie i opowiadała rewelacyjne dowcipy. Na moje żale o nadmiarze dobrych rad odpowiadała z uśmiechem: - Dziecko, czym Ty się przejmujesz? Miała w sobie więcej życia, niż ja w tej ciąży i moje nadgorliwe sąsiadki. Zero patosu, deklaratywnego patriotyzmu, powstańczej martyrologii, zastanawiania się nad sensem decyzji. Żyła i cieszyła się życiem.
Spotykałyśmy się w tym samym miejscu jeszcze przez trzy lata. Poznała moją cudowną córcię, która w pierwszych latach nie lubiła podróży, czemu dawała głośny wyraz, gorsząc i złoszcząc te same doradczynie i wywołując serdeczny uśmiech Pani Zosi. Pięknie się dogadywały ze sobą, dziewczyny.
Dziś już nie jeździmy do zatłoczonych Dębek i nie spotykamy Pani Zosi. Nie wiem, co u niej. Zastanawiam się, jak Pani Zosia znosi odnawiane co rok wściekłe dyskusje o sens wybuchu Powstania Warszawskiego, wartość patriotyczną młodzieńczego zrywu, zawłaszczanie jej historii przez kolejnych politykierów, gwizdy na pogrzebach. I oceny: mądrzy, głupi, za wcześnie, za późno, nie w tą stronę, nie z tą bronią, bezmyślni, cudowni, patriotyczni, durnie, żałosne, piękne... Mam prawie pewność, że gdybym ją o to zapytała, usłyszałabym: - Dziecko, a czym Ty się przejmujesz?
