
Od kilku tygodni obserwuję działania rządu i NBP w obliczu kryzysu, z jakim będziemy mieli do czynienia na skutek epidemii - oraz komentarze ekonomistów. Brakuje mi w tych komentarzach nadania procesowi, który obserwujemy, wymiaru politycznego. A wymiar ten - w moim przekonaniu - pełni tu najważniejszą rolę.
REKLAMA
Ale najpierw parę słów o procesach makro.
NBP obniżył poziom rezerw obowiązkowych dla banków, co oznaczało, ze banki mogły „uwolnić" około 40 miliardów złotych (pieniądze dotąd zablokowane w rezerwach obowiązkowych mogły trafić na rynek). Oficjalnie celem operacji miało być zwiększenie akcji kredytowej dla przedsiębiorców. „Płynność, płynność, płynność" powtarzają obecnie ci, których obroty spadły czasem nawet do zera, a którzy muszą zapłacić pracownikom, czynsze, leasing, czy raty kredytów. Pojawia się zatem pytanie, czy owe 40 miliardów złotych zostanie „wypuszczone" do przedsiębiorców w postaci akcji kredytowej? Odpowiedź brzmi: raczej nie lub w małym zakresie. Z dwóch powodów.
Po pierwsze, od akcji kredytowej banki musiałyby zapłacić podatek. Znacznie bardziej opłaca się im „zaparkować" uwolnione 40 miliardów złotych w obligacjach Skarbu Państwa - od której to czynności podatku nie płacą. Czyli pieniądze od banków popłyną nie do przedsiębiorców - a do rządu.
Po drugie, obowiązują regulacje dotyczące udzielania kredytów. Zgodnie z nimi firma, która ma otrzymać kredyt, musi mieć historię kredytową i zdolność kredytową. Ogromna większość małych i średnich firm w czasach epidemii nie może się legitymować żadną z nich - a już na pewno nie oboma naraz. Wiele wskazuje więc na to, że po kredyty będzie miała szansę sięgnąć niewielka grupa firm - i z całą pewnością nie będą to te firmy, które ich najbardziej potrzebują. Obowiązki badania zdolności kredytowej i historii kredytowej zapisane są w prawie bankowym. Nie słyszałam o próbie zmiany tych zapisów. (Zmieniono je tylko w odniesieniu do wcześniej udzielonych kredytów.)
Jest też kolejna ścieżka, którą uruchomił NBP aby dostarczyć bankom dodatkowej płynności. Podobnie jak wiele innych banków na świecie postanowił uruchomić skup obligacji Skarbu Państwa od banków. Abstrahuję tu od sporu, czy taki skup jest zgodny czy nie zgodny z Konstytucją, która zabrania bezpośredniego finansowania długu państwa przez bank centralny (NBP). Skupmy się na pokazaniu przepływów kapitału. Otóż w pierwszej aukcji (skupie obligacji) NBP wybrał te serie obligacji Skarbu Państwa, które znajdowały się w rękach banków państwowych. W kolejnych dwóch aukcjach pieniądze z NBP trafiły również do innych banków i instytucji finansowych. Przepływy finansowe wyglądają zatem następująco: NBP dostarcza kapitał bankom (w pierwszej kolejności państwowym) w zamian uzyskując obligacje Skarbu Państwa. Co z tą dodatkową płynnością zrobią banki? Oczywiście: kupią od rządu kolejne obligacje Skarbu Państwa przesuwając swój kapitał do rządu. De facto kapitał z NBPu płynie w ten sposób do rządu.
Kolejną uruchomioną przez NBP operacją jest uruchomienie dla banków kredytu preferencyjnego wekslowego na 1,25%. Bank może wiec pozyskać środki z depozytów (od ludzi, którzy zakładają lokaty) bądź z NBP. Tyle, ze polski sektor bankowy od lat cierpi na nadpłynność, czyli depozytów ma więcej niż kredytów. Dostarczenie dodatkowej płynności do sektora bankowego miałoby sens, gdyby koszt pozyskania kapitału był niższy niż pozyskanie kapitału z rynku. Otóż średnie oprocentowanie depozytów to 0,76%, kredyt lombardowy od NBP natomiast - jak zostało powiedziane wyżej „kosztuje" 1,25%. Trudno zatem zakładać, że będzie cieszył się wysokim zainteresowaniem.
Przejdźmy do próby politycznej analizy wszystkich tych ekonomicznych posunięć. Rząd i NBP mówią jednym głosem. Próbują przekonać Polaków, że robią wszystko, co w ich mocy, aby pomóc poszkodowanym przez epidemię firmom. Wydaje się, że właśnie efekt propagandowy jest jedynym, który zostanie osiągnięty, karmione propagandą media (z nazwy) publiczne mają dzień i noc opowiadać Polakom, jak rząd doskonale współpracuje z innymi instytucjami polskiego państwa aby pomóc przejść przez kryzys suchą stopą. W rzeczywistości odbywa się jednak zupełnie inna operacja. Rząd w porozumieniu z Narodowym Bankiem Polskim i bankami państwowymi PRZESUWA ogromne sumy pieniędzy z NBPu poprzez banki (również państwowe) do rządu, który wyemituje obligacje Skarbu Państwa. Podkreślmy: pieniądze są przesuwane do rządu, nie do przedsiębiorców. Jest to operacja warta grube dziesiątki miliardów złotych. W filozofii tej władzy nie istnieje pojęcie check and balance; w filozofii tej władzy istnieje przekonanie o konieczności politycznej kontroli każdego procesu, szczególnie związanego z finansami. Rząd zatem zgromadzi ogromne sumy pieniędzy i politycznie zdecyduje o tym, do których miejsc te pieniądze trafią. Innymi słowy o tym, gdzie znajdą się pieniądze na walkę ze skutkami epidemii nie zadecydują racjonalne ekonomiczne przesłanki, a oszacowanie politycznych zysków. Pieniądze nie znajdą się tam, gdzie w najbardziej korzystny sposób przeciwdziałałyby skutkom kryzysu. Znajdą się one tam, gdzie przyniosą największą korzyść wyborczą, tam, gdzie można uzyskać najwięcej głosów dla PiSu.
Bo po PiSie choćby i potop.
