Polska chciała być promotorem przyłączenia Ukrainy do Unii Europejskiej, a polscy politycy - ojcami chrzestnymi, a choćby dobrymi wujkami tego wiekopomnego dzieła. Bynajmniej nie z miłości do Ukraińców, ale dla sławy i chwały, własnych, politycznych i finansowych interesów oraz na złość Rosji. Od początku było wiadomo, że będzie to Polskę drogo kosztować, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, gdy na sztandarach można było znowu wypisać "Za wolność waszą i naszą", a w gazetach czytać z wypiekami na twarzy o swoim geniuszu, szlachetności i perspektywach unijnych awansów.

REKLAMA
Podszczypywanie rosyjskiego niedźwiedzia będzie kosztowało Polskę nie mniej niż 1 proc. PKB. Jesteśmy bowiem drugim najbardziej uzależnionym od Rosji państwem w Europie. Do embarga na polskie mięso i mleko dojdą za chwilę owoce. A eksport do Rosji samych jabłek to 260 mln zł. Nawet, jeśli Zachód wygra wojnę gospodarczą z Rosją, Polska będzie jej ofiarą. Na własną prośbę, gdyż od początku niepotrzebnie wychodzimy przed szereg unijnych państw.
Rozszerzanie Unii jest oczywiście jednym z jej ważnych priorytetów. Można jednak przyjmować jedynie te państwa, które spełniają warunki. Nie tylko ekonomiczne, ale też w zakresie przestrzegania praw człowieka, w tym równości płci i przeciwdziałania wszelkiej dyskryminacji. Rozszerzenie nie polega jedynie na osiągnięciu przez władze formalnego porozumienia. Trzeba, aby obywatele chcieli się integrować.
Obecnie nie ma krajów, które w najbliższych kilkunastu latach mogłyby skutecznie pretendować do przyjęcia do UE. Może pora przestać łudzić Ukrainę i zacząć prowadzić realną politykę w interesie Polski.