Wszyscy leją krokodyle łzy nad depopulacją III RP i starzeniem się polskiego społeczeństwa. Najgłośniej krzyczą ci, którzy dzieci mają mało lub nie mają wcale (vide prezes Kaczyński i posłanka Pawłowicz). Kiedy wszyscy bezmyślnie trąbią o katastrofie demograficznej, proponuję zastanowić się, czy prawdziwą katastrofą nie byłby nagły, znaczny wzrost liczby urodzeń? Co zrobiłoby państwo, gdyby Polki wzięły sobie do serca apele polityków i w przyszłym roku wydały na świat 1 mln dzieci, a następnie wyczyn ten powtarzały przez 3 lata (jak w II RP, w latach 1923-1925)? Obecnie, kiedy rodzi się mniej niż 400 tys. dzieci rocznie, bieda ma twarz dziecka, zasiłek rodzinny jest skandalicznie niski, brakuje miejsc w żłobkach i przedszkolach, klasy są przepełnione, a młodzi ludzie bez pracy. Może trzeba się cieszyć, że dzieci rodzi się relatywnie mało i zamiast martwić się tylko o poczęte, zatroszczyć się o te, które już są na świecie. Trzeba także przestać obrażać emerytów, że nie będzie miał kto na nich pracować, bo oni już zapracowali na swoje świadczenia, i to wyższe niż dostają. Naprawdę to trzeba pracować na dzieci i młodzież, gdyż jest to grupa wiekowa o wiele dłużej nieproduktywna niż emeryci.

REKLAMA
W Polsce wszyscy deklarują miłość do dzieci i bezmyślnie powtarzają, że są one naszą przyszłością. To oczywiste kłamstwo. Naszą przyszłością jest starość. Przynajmniej w wymiarze indywidualnym. Wprawdzie nie każdy jej dożyje, ale to już zupełnie inna sprawa.
Społeczeństwo konsumpcyjne, czyli także polskie, bardziej niż dzieci jest spragnione dóbr materialnych i usług, przy czym w miarę wzrostu zamożności, tendencja ta zdecydowanie się nasila, a od pewnego momentu stabilizuje. Toteż w Polsce w rankingu wartości na pierwszym miejscu jest dobro dzieci, a w Niemczech już święty spokójj. Dlatego płonne są nadzieje prawicy, z prezydentem Komorowskim na czele, że jakakolwiek polityka prorodzinna doprowadzi do zwiększenia liczby urodzeń.
Absolutna konieczność zwiększenia zasiłku rodzinnego na dziecko i podwyższenia kryterium dochodowego, które do niego uprawnia, zwłaszcza w przypadku wychowywania dziecka niepełnosprawnego, oraz wprowadzenia różnych udogodnień dla rodzin wielodzietnych wynika z tego, że większość z nich żyje na granicy lub poniżej minimum socjalnego, czyli w biedzie, a część wręcz poniżej minimum egzystencji. W 2012 r. w sferze skrajnego ubóstwa żyło 27 proc. osób w rodzinach, które wychowują czworo lub więcej dzieci, podczas gdy w całym społeczeństwie było takich osób 2,1 mln, czyli 6,7 proc. (dane GUS). Natomiast rodzina z dwojgiem dzieci nie osiąga minimum socjalnego, nawet jeśli pracuje i ojciec, i matka, ale za minimalne wynagrodzenie. Obowiązkiem państwa jest zapewnienie przynajmniej minimalnego standardu życia swoim obywatelom. III RP nie wywiązuje się z tego obowiązku nawet w stosunku do pracujących, zwłaszcza jeśli mają dzieci.
Zmiana polityka społecznej na bardziej prorodzinną, choć konieczna ze względów humanitarnych (w Polsce bieda ma twarz dziecka, w 2012 r. co trzecie dziecko urodziło się w biedzie lub w nędzy), nie podwyższy wskaźnika dzietności Polek. Dane statystyczne są pod tym względem jednoznaczne. W okresie międzywojennym, kiedy bieda była powszechna rodziło się około 900 tys. dzieci rocznie. W PRL nie mniej niż 520 tys., przy czym współczynnik urodzeń żywych na 1000 mieszkańców najwyższy (powyżej 24) był do 1960 r., kiedy poziom życia był relatywnie niski. Wskaźnik dzietności Polek spadł poniżej 2 w 1992 r. Ustawa antyaborcyjna z 1993 r. w żadnej mierze nie zahamowała tego procesu, a jej krótkotrwała liberalizacja (1996-1997) nie pogłębiła. Obecnie dzietność Polek wynosi 1,3 i nie zapewnia reprodukcji prostej pokoleń. Dzieci rodzi się około 400 tys. rocznie. Przyrost naturalny jest minimalny, ale dodatni. W 2012 r. wyniósł 1500 osób. Prognozuje się, że w tym roku będzie ujemny.
Ponieważ wszyscy biją na alarm i twierdzą, że w Polsce jest katastrofa demograficzna, warto podjąć umysłowy wysiłek i wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby Polki zaczęły rodzić bez opamiętania. Wszak państwo nie radzi sobie nawet z obecnym przyrostem naturalnym. Bieda jest w Polsce dziedziczna i dotyka już 700 tys. dzieci. Czy naprawdę chcemy, żeby było ich wielokrotnie więcej? W dodatku dzieci i młodzież są grupą nieproduktywną przez kilkanaście do dwudziestu kilku lat. Kiedy dorastają, nie ma dla nich pracy. Trzeba docenić mądrość Polek, które uznały, że w rozmnażaniu należy zachować dużą wstrzemiężliwość. I zamiast tworzyć specjalne strefy demograficzne, zrobić jedną, obejmującą całą Polskę, strefę rozumu. Na razie mamy deficyt.