Kościół w Polsce, a zwłaszcza jego prominentni przedstawiciele cierpią na bardzo poważną chorobę. Wbrew pozorom nie jest to jedynie pedofilia, o której bardzo ostatnio głośno za sprawą abp. Michalika, ale zupełnie nowa jednostka chorobowa, nie mająca jeszcze ani nazwy, ani statystycznej klasyfikacji. Nadaję jej imię GENDEROFOBIA. Jak każda fobia, i ta jest uleczalna, aczkolwiek wymaga długotrwałej terapii, polegającej na oswojeniu chorego ze zjawiskiem, które doprowadza go do obłędu. Niech polskie duchowieństwo nie traci nadziei i przestanie nieść przed narodem ciemnoty kaganiec.
REKLAMA
Kler boi się gender, jak diabeł święconej wody, choć z wypowiedzi duchownych wynika, że żaden nie wie, co to takiego. Trudno się dziwić strachowi płynącemu z niewiedzy, bo nieznane zawsze budzi lęk. Zwłaszcza w umysłach prostych i niewykształconych, choć oczywiście nie tylko. Ludzie powszechnie uważają, że lepsze zło znane od nieznanego
Z profesorskiego obowiązku wyjaśniam, że seks i gender to dwa oblicza płciowości. Pierwszy termin dotyczy uwarunkowania biologicznego, drugi - kulturowego i społecznego. Dla większości obydwa stanowią terra incognita, choć słowo seks, jako bardziej osłuchane, budzi mniejszą grozę, a u niektórych wywołuje wręcz pozytywne emocje. Zwłaszcza, że zazwyczaj jest rozuminy potocznie, jako stosunek płciowy, a nie jako płeć biologiczna. Zapewne dlatego wielu podróżujących samolotami Amerykanów, wypełniając rubrykę sex, pisze: oh, yes lub with pleasure.
Natomiast gender, czyli płeć kulturowa, jest związana z wychowaniem. Przez tysiące lat kobiety jedynie służyły mężczyznom, także do rozrywki, rodziły i wychowywały dzieci, dbały o domowe ognisko. Nie mogły się kształcić, miały bardzo ograniczone prawa, a w niektórych dziedzinach w ogóle ich nie posiadały. Mężczyznom wolno było wszystko. Kobietom nic. Mężczyźni byli istotami wyższymi, stworzonymi do zdobywania i zmieniania świata. Kobiety, puch marny, miały być przymilne, grzeczne, potulne, posłuszne, skromne, bogobojne, pobożne. Z braku innego, akceptowały kulturowy model 3k (kuchnia, kołyska i kościół), choć wielu mężczyzn chętnie dołożyłoby jeszcze jedno k.
Kościół propagował i utrwalał wizerunek kobiety domowej, jako jedyny dopuszczalny dla kobiety przyzwoitej. Równouprawnienie, choć wciąż jeszcze nie w pełni realizowane, wprowadziło kobiety do przestrzeni publicznej. I okazało się, że znakomicie sobie radzą w każdych warunkach i na każdym stanowisku. W awansach, łączeniu kariery z wychowaniem dzieci i życiu zgodnym z własnymi potrzebami i oczekiwaniami najbardziej przeszkadzają kobietom tradycyjne wychowanie, seksizm i Kościół, będący największym w dziejach wrogiem kobiet. Ponieważ filozofia gender daje kobietom wolność i społeczną pozycję, stała się najbardziej znienawidzoną i zwalczaną przez Kościół nauką.
Co innego seks. Na szczęście lub nieszczęście, polscy duchowni nie boją się seksu w żadnym znaczeniu tego słowa. Wielu go lubi, część uprawia w różnych konfiguracjach, nieliczni z dziećmi. Niemała grupa zajmuje się jedynie podglądactwem wiernych. Niekoniecznie dosłownym. Zazwyczaj wystarcza im werbalne zaglądanie pod kołdrę podczas spowiedzi. Nadmierne zainteresowanie kleru tym, co się znajduje poniżej pasa wynika ze specyfiki zawodu. Dla młodszych stanowi zastępczą formę rozładowania popędu. Dla starszych, niejednokrotnie jedyną.
Z gender jest zgoła inaczej. Ponieważ nikt tego terminu nie rozumie, można się nad nim bezkarnie pastwić. W tej konkurencji prym wiedzie abp Michalik. Nie, żeby był lepszy od przykładowo ks. Oko, ale z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy. Świadomie lub nie przewodniczący Episkopatu wyrósł na największego genderofoba. Jeszcze nie wiadomo w jakiej skali: kosmicznej, światowej, międzynarodowej, polskiej czy jedynie przemyskiej? Gdyby był młodszy i na większym luzie, może w zgoła innej kategorii stanąłby na przemyskiej ziemi w szranki z posłem Hoffmanem, rzecznikiem PiS. Ostatecznie abp Paetz dawał swoim chłopakom bokserki z napisem ROMA, co było ponoć sugestią, że należy od tyłu.... czytać, naturalnie.
Oczywiście abp Michalik dobrze wie, że z nikim nie musi rywalizować, żeby zostać choćby Człowiekiem jakiegoś roku lub otrzymać inny cenny tytuł. Konkretnie w cenie 200-400 dolarów. Zapłaconych osobiście lub przez podstawioną osobę. Dostaje się nie tylko tytuł, ale i notkę biograficzną w skórzanej oprawie. Metropolita przemyskiej ma już za sobą epizod z nabyciem tutułu Człowieka roku 1998/1999 w kategorii indywidualności, której przywództwo i osiągnięcia wyróżniają się w społeczności międzynarodowej. Nawet, jeśli wierzyć sekretarzowi kurii, ks. Syczowi, że metropolita sam nie płacił, nie ulega wątpliwości, że był zachwycony, wylewnie dziękował i chełpił się wyróżnieniem na swojej oficjalnej stronie. Zapewne robiłby to nadal, gdyby sprawa się nie wydała.
Za odkrycie źródeł pedofilii, abp Michalik powinien dostać, i to całkowicie bezpłatnie, tytuł Światowego Ignoranta Roku 2013, a nawet Ig-Nobla w dziedzinie medycyny. Swoją drogą dziwne, że za wiekopomne odkrycie dodatkowych vel dotykowych bruzd u dzieci z in vitro nie został jeszcze wyróżniony ks. de Berier.
