Wczoraj uczestniczyłem w liturgii Męki Pańskiej. Z ust księdza padło stwierdzenie, że powinienem być wdzięczny Jezusowi za to, iż został ukrzyżowany za moje grzechy. Rozumiem to i akceptuję, tym bardziej, że w ten sposób jestem już OK. Do tego Kościół napomina mnie, abym nie grzeszył, nie czynił zła. I tak układa mi się rola Kościoła wobec mnie : przypominanie mi abym był wdzięczny, napominanie mnie abym nie popełniał grzechów, no i mówienie mi, że jestem OK.

REKLAMA
Z punktu widzenia mojej psychiki, zapewnianie mnie, że nie powinienem się lękać, żebym myślał o tym co dobre (mówi o tym Biblia), że jestem OK - jest niezmiernie ważne. Jest to psychologiczne powietrze dzięki, któremu mogę wykorzystywać cały swój potencjał, i być skutecznym. W ten sposób nie jestem skłonny do popełniania grzechów, a jednocześnie bez trudu realizuję jedno z największych przesłań chrześcijaństwa, które mówi o „miłowaniu bliźniego swego”.
Niestety proporcje ról jakie kościół w moim odczuciu powinien pełnić wobec mnie, są poważnie zachwiane. Dużo jest napominania mnie, abym nie grzeszył, bardzo dużo słyszę o zagrożeniach wiary i kościoła, co nie pozostaje bez wpływu na moją psychikę. Mam być wdzięczny i pracować nad tym, aby zasłużyć na zbawienie.
A co z przesłaniem, abym czynił sobie ziemię poddaną ? Do tego potrzebuję wiary w siebie i przekonania, że jestem OK. A co z przesłaniem Jana Pawła II „nie lękajcie się” ?
Mam nadzieję, że jako członek Kościoła Katolickiego mogę o tym mówić. I zapewniam, że nie jest to przejaw walki z Kościołem, a dopominanie się o wypełnianie przez Kościoła jego ról. Chyba, że rozumiem je niewłaściwie.