Poznałam Barbarę Hulanicki, założycielkę legendarnego domu mody Biba. Cóż to za kobieta!

Judyta Fibiger, Barbara Hulanicki
Judyta Fibiger, Barbara Hulanicki fot. Aldona Kaczmarczyk
W 2010 roku tuż po wielkim, nieoczekiwanym sukcesie filmu dokumentalnego “Beats of freedom. Zew Wolności”, który miałam zaszczyt współprodukować, zmuszam Pawła Potoroczyna, producenta, ówczesnego Dyrektora Instytutu Adama Mickiewicza, by pozwolił mi zadebiutować, czyli wyreżyserować swój pierwszy film. Z jakiegoś powodu wiem, że film musi być o modzie i o czasach, w których była ona czymś więcej niż tylko ubraniem. Któryś z moich współpracowników sugeruje żebym spotkała się z Polką, założycielką legendarnego sklepu Biba w Londynie - Barbarą Hulanicki.


Nie ma ona co prawda wiele wspólnego z tematem naszego filmu, czyli czasami PRL-u, ale muszę zaspokoić wrodzoną ciekawość. W filmie mam już wielką Barbarę Hoff, jedną z najważniejszych postaci kultury tamtych lat, ale instynktownie czuję, że te dwie Barbary mogą mieć ze sobą wiele wspólnego. Po paru tygodniach spotykam Barbarę Hulanicki w Londynie, w polskiej restauracji. Siedzi przede mną cudowna polska dziewczyna schowana w ciele siedemdziesięciolatki i flirtuje sobie w najlepsze z operatorem Andrzejem Wojciechowskim.
A mnie intryguje, co też może ukrywać się za tymi nieodłącznymi ciemnymi okularami? Zaczynamy zbliżać się do siebie, z początku za pomocą maili. Zapraszam ją do Warszawy. W Polsce nie była od czasu dzieciństwa. Jest wzruszona, biegnie, by zobaczyć Muzeum Powstania Warszawskiego, chce tu wrócić. Wkrótce Barbara zaprasza mnie do Miami, gdzie od lat 80-tych mieszka. Z zaproszenia oczywiście korzystam i dzięki temu mogę powoli wynurzyć się z zamętu własnej ignorancji i dowiedzieć się, czym tak naprawdę była Biba. W jej mieszkaniu w Miami albumy o Bibie, o istnieniu których nie mogłam mieć pojęcia, prywatne zdjęcia Rolling Stonesów, pocztówka od Twiggy, porcelanowe miseczki Pablo Escobara kupione na aukcji, a do tego wszędzie zdjęcia zamordowanego w Palestynie ojca Barbary. Dokumentalista, scenarzysta czy też opowiadacz historii jest w raju.
Czuję, że muszę napisać książkę. Po polsku. O niej. W trakcie pisania (a jest to wywiad-rzeka) okazuje się, że Biba to nie był tylko sklep. To był sposób życia, jakość życia. To była ogromna modowa rewolucja, której w Anglii dokonała polska dziewczyna. Wymyśliła sobie wtedy, że w jej sklepie będą rządzić kobiety. I zupełnie naturalnie bez żadnej misji stworzyła pierwsze feministyczne przedsiębiorstwo na świecie.


Otóż kto proszę Państwa daje w siedmiopiętrowym domu towarowym jedno piętro własnym pracownicom (Biba girls), by mogły mieć tam żłobek dla swoich dzieci? Kto pozwala im malować się, ubierać i zachowywać z nonszalancją, na którą nie pozwoliłby żaden inny dom towarowy? Ubrania są wyjątkowe, co piątek pojawia się nowa kolekcja, niczym u dzisiejszych gigantów fast fashion. W Bibie sprzedaje się setki tysięcy t-shirtów tygodniowo, można (po raz pierwszy w historii) testować kosmetyki oraz (również po raz pierwszy w historii) kupić kosmetyki dla czarnoskórych kobiet. Do tego w sklepie panuje absolutna demokracja: Biba girls to połączenie dziewczyn z arystokracji z rosnącą w ogromnym tempie w siłę klasą pracującą.


W podzielonej klasowo Wielkiej Brytanii to niemalże nie do pomyślenia. Dziewczyny kochają Barbarę. Do tego stopnia, że gdy chciwy developer przejmuję Bibę, niektóre w ramach buntu są w stanie przykuć się do metalowych poręczy schodów. Biby już nie ma, podział klasowy trwa do dziś. Czy to, co robiła w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Londynie Barbara, mogło nie podobać się skostniałemu brytyjskiemu establishmentowi?
Na to pytanie (i wiele wiele innych) spróbuję odpowiedzieć w filmie dokumentalnym Moja Wielka Biba. Barbara w wieku ponad osiemdziesięciu lat nie straciła nic z rewolucyjnej dziewczyny. Wciąż jest ciekawa świata, mody, ludzi. Gdy odwiedzamy ją z kamerą w maju w Miami zabiera nas wszędzie - do ekskluzywnych galerii handlowych, na gejowskie party, do szkoły, w której uczy małe dzieci ilustrowania mody. Każdy film to wyjątkowa przygoda, moja dopiero się rozkręca. Mam ze sobą wspaniałą (malutką jeszcze) ekipę kochającą ten projekt i co najważniejsze piękna polską Barbarę, co dzwoni do mnie niemalże codziennie pytając jak poszły mi kolejne pitchingi, festiwale i spotkania próbujące dać temu projektowi skrzydeł. Ostatnio napisała do mnie Twiggy. Zaraz po niej Anna Sui. Czekam teraz czy napisze Ronnie Wood. Jesteście ciekawi co będzie dalej? Stay tuned. JF.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...

POLECAMY

FELIETON 0 0Ilu ludzi ma jeszcze zginąć na pasach? Posłowie, przestańcie się bać kierowców!
0 0Kaju Godek, zamilcz. Naprawdę wolałabym nie usłyszeć tych słów o miesiączce
X-lander 0 0Złożysz go jedną ręką. Mamy cenią go za wielofunkcyjne zastosowanie
PSSB 0 0Konsultanci sprzedaży bezpośredniej. Kim są osoby działające w tej rozwijającej się branży?
POLECAMY 0 0Tak Kaczyński traci władzę. Po wyborach dostał dwa potężne ciosy
DADHERO 0 085 procent kierowców w Warszawie chce mnie zabić. I mam tego dosyć!