
Czasem najprostsze rozwiązania mogą przynieść najlepsze rezultaty. Jeżeli decydujesz o tym, ile pieniędzy wystarczy do przeżycia osobie pracującej na pełen etat, to może spróbuj przez tydzień, albo miesiąc samemu egzystować za tę kwotę. W szczególności jeżeli jesteś politykiem i twoje decyzje bezpośrednio wpływają na los tych najbiedniejszych.
REKLAMA
Praktycznie każda kultura wypracowała swoją wersję tzw. „złotej zasady”, która sprowadza się do popularnego „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe” (a znamy ją najczęściej od Konfucjusza, Jezusa czy Epikura). Ze złotej zasady jasno wynika, że jeżeli decydujesz o losach drugiej osoby, warto byś wiedział, czy sam chciałbyś by twoje własne losy kształtowały się w myśl głoszonych przez ciebie haseł. Jednak zdaje się, że mało który decydent w światku polskiej polityki – tej regionalnej, krajowej jak i europejskiej pamięta o tej zasadzie, a przecież w tylu sytuacjach samo zastosowanie jej wobec siebie pomogłoby zmienić perspektywę polityków (choć nie tylko ich, ale i np. pracodawców, ale ów artykuł nie o nich traktuje).
*Odłóżmy na chwilę cyniczne założenie, że żaden nie pamięta, bo wszyscy stanowią jedynie plugawy zbiór egoistycznych manipulantów. Za każdym razem, gdy dochodzimy do takich wniosków pamiętajmy, że to my ten „plugawy zbiór” wybieramy do władzy.
By móc wiedzieć, czy dany krok polityczny może być innemu „niemiły” często trzeba samemu odczuć jego skutki; zgodnie z angielskim powiedzeniem: „przejść mile w cudzych butach” (to walk a mile in my shoes), by zrozumieć jakie konsekwencje przynoszą własne decyzje. To przysłowie jest tym prawdziwsze ze względu na to, iż szerokie horyzonty własnej wyobraźni, którymi lubimy się chełpić z reguły są ledwie złudzeniem, które ma sprawiać, że czujemy się lepiej. I do tegoż powiedzenia odwoływał się niedawno Ted Strickland, były gubernator stanu Ohio, który stał się jednocześnie inspiracją dla tego artykuliku. Strickland zdecydował się przez tydzień postarać się przeżyć za sumę pieniędzy którą by posiadał pracując za płacę minimalną na pełen etat. W Stanach Zjednoczonych płaca minimalna to 7,25 dolarów za godzinę (choć poszczególne Stany mogą podnosić tę stawkę i niektóre to uczyniły). Pracując na pełny etat, Strickland zarobiłby w tydzień 290 dolarów oraz musiał wydać średnio 35,06 dolarów na podatki i 176.48 dolarów na koszty związane z mieszkaniem. Pozostałoby mu zatem mniej niż 80 dolarów na życie. I jak z tymi zasobami poradził sobie były gubernator Ohio?
Otóż sobie nie poradził, a swoje doświadczenia opisał w artykule dla portalu Politico. Warto przyjrzeć się bliżej temu jak opisuje swoje doświadczenia Strickland, ponieważ jednocześnie obnaża częste kłamstwa tych, którzy twierdzą, że za małe pieniądze spokojnie przeżywali (lub można przeżyć). Te niecałe 80 dolarów miało mu wystarczyć na jedzenie, transport (w tym benzynę do jego auta, jeżeli chciał nim jeździć) i wszelkie inne wydatki, które miałyby się w tym tygodniu pojawić. Strickland zrezygnował z jeżdżenia do pracy autem i korzystania z taksówek. Gdy trafiło się spotkanie poza biurem, by oszczędzić pieniądze wybrał się na około 3 kilometrowy spacer, który pozwolił mu co prawda zaoszczędzić, ale zabrał mnóstwo czasu, przez co spóźnił się na spotkanie. Ale przecież osoby pracujące za minimum nie mogą sobie pozwolić na korzystanie z taksówek, ani na spóźnianie się na spotkania, gdyż to grozi utratą tych nielicznych szans, jakie im się trafią.
Dieta Stricklanda „wzbogaciła” się o dania z McDonalda (w USA są pozycje dostępne za 1 dolara i te stanowiły najczęściej lunch polityka), zaś owoce i warzywa zastąpił chleb, masło orzechowe, parówki i czasem banany. Jadł mniej, opuszczał niektóre posiłki, by zaoszczędzić. Pomimo tego Strickland miał pecha. W środku tygodnia przeziębił się. Powinien był kupić sobie leki, na które nie miał pieniędzy w swoim tygodniowym budżecie. Na szczęście miał jeszcze jakieś w domu (wątpliwe, by osoba pracująca za minimalną miała zapasy leków i innych dóbr, bo za co miałaby te zapasy zrobić?), ale i to nie uchroniło go od wydania całej sumy przed końcem tygodnia. Strickland z jednej strony czuł, że zawiódł, z drugiej zaś pojawił się u niego swego rodzaju podziw dla tych niezliczonych rodzin wiążących koniec z końcem pomimo tak skromnych zasobów.
Próbując wyżyć za minimalną pensję były gubernator Ohio szybko zrozumiał, że nie istnieje coś takiego jak oszczędności czy nieoczekiwane wydatki, o próbowaniu utrzymania rodziny nie wspominając. I choć to nie te doświadczenia pokazały mu, że próba wyżycia za 7,25$ za godzinę jest absurdalna, to sam fakt, że przeszedł tę przysłowiową milę w butach pracujących biednych znacznie ułatwił mu zrozumienie problemów, z jakimi się oni mierzą (wbrew popularnym wśród konserwatystów mitów, większość biednych w USA pracuje, ale nawet to nie chroni ich przed występowaniem po bony żywnościowe - tzw. food stamps). Strickland zrealizował program Live the Wage, który zachęca każdego do spróbowania przeżycia jednego tygodnia za te niecałe 80 dolarów. Nie tylko polityków, czy pracodawców, ale zwykłych obywateli, którzy przecież wybierają swoich przedstawicieli.
Historia Stricklanda przypomniała mi dyskusje przenikające polskie media o tym, jak oderwani od wyborców i społeczeństwa są polscy politycy. O szale radości, gdy Donald Tusk potrafił podać ceny zwykłych produktów, lub gdy Radosław Sikorski tweetował o robieniu zakupów w Biedronce. Jakby wyuczenie się na pamięć kilku cen (niczym w amerykańskim show: „The Price is Right”, którego uczestnicy mają za zadanie odgadywać ceny danych produktów) oraz postawienie nogi w popularnym dyskoncie sprawiało nagle, że Ci politycy rozumieli tych, którzy starają się przeżyć za 1.500 złotych miesięcznie.
A przecież to my ich wybieramy i my decydujemy z czego będą rozliczani. Czemu by więc nie wprowadzić obowiązkowych tygodni dla posłów i posłanek (a może i polityków niższego szczebla), w których nie mogliby by korzystać ze służbowego auta, taksówek, a mieliby do swojej dyspozycji tylko środki publicznego transportu? Może przecież przygotować obywatelski projekt ustawy, a z pewnością niejedna organizacja byłaby zainteresowana monitorowaniem i oceną starań polityków. Gdyby taki pomysł nie przeszedł to przecież wiedzielibyśmy, kto by przeciwko niemu głosował i mógłby już nie trafić do sejmu, czy senatu. Organizowaniem takich „tygodni szarej rzeczywistości” mogłyby się zająć konkretne organizacje i informować nas o tym, którzy politycy odmówili udziału w projekcie, którzy wzięli i jak w nim wypadli. Czy otrzymalibyśmy w ten sposób szybką i skuteczną metodą ponownego połączenia polityków i reszty obywateli? Oczywiście nie. Ale demokracja wymaga nudnych, małych kroków w stronę, którą uznajemy za lepszą dla społeczeństwa.
*Odpowiadając na zarzuty: doskonale rozumiem, że system płacy minimalnej w Stanach Zjednoczonych jest inny niż w Polsce i nie jest moim celem utożsamianie obu państw i ich podejść do kwestii godziwej pracy i płacy. Celowo nie odnosiłem się w tym tekście do umów śmieciowych, obciążeń pracodawców i wielu innych zmiennych. Artykuł miał jedynie zarysować filozofię budowania odpowiedzialnych funkcjonariuszy publicznych na przykładzie pracy za minimalne wynagrodzenie. Mechanizm „przejdź milę w czyichś butach” nie sprawdzi się w każdym przypadku, ale moim zdaniem stanowi dobry krok uczyniony w dobrym kierunku.
