Śmierć Robina Williamsa przyniosła wielu najpierw szok, następnie smutek, na końcu żal i tęsknotę. Wspominano najlepsze filmy, najzabawniejsze żarty, niezliczone sposoby, w jaki Williams potrafił rozbawić każdego – naprawdę każdego. Ta wielka strata poruszyła także mnie

REKLAMA
Przez lata podziwialiśmy tę Niagarę dowcipów wylewającą się z jego nieświadomości. Jakie było źródło tego maniakalnego wodospadu komizmu? … Niestety, czasami umysł pędzi tak szybko, że nie potrafi sam za sobą nadążyć i musi się zatrzymać.
Alan Alda
Najzabawniejsi ludzie jakich znam zawsze zdają się być otoczeni mrokiem. I prawdopodobnie dlatego są najzabawniejsi. Im większa otchłań, tym więcej potrzeba humoru by się z niej wyrwać.
Jim Norton
Internet potrafi odkryć prawdziwe oblicze tak wielu dzięki poczuciu anonimowości. To prawdziwe oblicze może zostać podkreślone pudrem jednoznaczności komentarzy lub szminką dosadnych słów. Czasem używa się też tuszu absurdalnych czynów. Nie inaczej niestety było po śmierci Robina Williamsa. Obrzydliwą twarz pokazali prawicowi publicyści robiąc z prywatnej tragedii sprawę polityczną. Rush Limbaugh postanowił podkreślić, że tak już kończą „lewicowcy”, ponieważ ich życie jest puste, wypełnione smutkiem i mrokiem (i nigdy nie są szczęśliwi). Bezmyślność i czystą zawiść ukazali zaś twórcy fałszywych zdjęć martwego Williamsa oraz ataków na córkę aktora – Zeldę, które skłoniły ją do rezygnacji z obecności w mediach społecznościowych (NaTemat poruszał ten temat TU). Oczywiście wśród komentarzy pod artykułami co chwilę można było trafić na genialną analizę depresji w postaci pytania „niby dlaczego miałby być smutny, przecież miał wszystko?”. Eksperci „wiedzieli”, że znów pił i pewnie to używki go popchnęły do samobójstwa. Ktoś napisał: „Najlepsze w śmierci Williamsa jest to, że nie będzie już dłużej obrażał Boga i Jezusa Chrystusa”. Po tusz absurdalnych czynów sięgnęli Członkowie Westboro Baptist Church, którzy chcą oprotestować pogrzeb artysty z tylko dla nich zrozumiałych powodów. W tych wszystkich komentarzach i reakcjach szybko zniknął człowiek, kosztem zawiści i prawdziwego schadenfreude zarówno tych anonimowych internautów jak i mniej anonimowych publicystów, czy blogerów (a nawet polityków).
Robin Williams nigdy nie ukrywał swoich problemów z alkoholem i narkotykami. Dzielił się swoimi doświadczeniami, przyznawał do słabości i ułomności. Wygrał walkę z nałogiem po raz pierwszy w roku 1983, przed narodzinami swojego pierworodnego. Wytrwał w trzeźwości 20 lat zanim nałóg chwilowo go pokonał. I znów – Williams nie bał się opowiadać o tej porażce:
Byłem w małym miasteczku jeszcze nie na końcu świata, ale widać z niego było koniec świata. I pomyślałem: picie. Po prostu pomyślałem: picie, może to pomoże. Ponieważ bałem się i czułem się opuszczony.
Dlaczego wrócił do picia?
Po prostu się bałem. I myślałem: o – to zmniejszy strach. Ale nie zmniejszyło. […] Bałem się wszystkiego. To było takie ogólne „arrgggghhhh!”. Strach oraz stany lękowe.
Przez pierwszy tydzień okłamujesz się, że możesz przestać, a potem odzywa się twoje ciało i mówi ci byś nie przestawał. I zajęło mi to aż trzy lata, by wreszcie przestać.


Robin Williams mówi o swoich uzależnieniach
Potrzeba sporo odwagi, by tak szczerze opowiadać o swoich największych wadach, najbardziej upokarzających porażkach. Szczególnie gdy jesteś osobą publiczną ocenianą na każdym kroku, szczególnie gdy twoje dzieci będą to kiedyś czytać. Ale możliwe, że była to forma radzenia sobie z nałogiem – nie wiem i już się nie dowiemy. A przecież nawet gdy udało mu się wygrać z alkoholizmem i uzależnieniem od kokainy, to wciąż zmagał się z depresją i stanami lękowymi. Jakby tego było mało, właśnie dowiedzieliśmy się od jego żony, że mierzył się z wczesnym stadium choroby Parkinsona, choć jeszcze nie był gotów, by wyjawić to opinii publicznej (nie dziwmy się temu, Michaelowi J. Foxowi zabrało to 7 lat: diagnozę otrzymał w roku 1991, a upublicznił tę informację dopiero w roku 1998). I po latach zmagań, niestety 11 sierpnia przegrał po raz ostatni.
Samobójstwo Robina Williamsa wywołało lawinę tekstów próbujących odpowiedzieć na pytanie „dlaczego Robin miał depresję?”. W większości były one niestrawne, raz poszukując przyczyny depresji i samobójstwa w kilku nieudanych filmach, raz w gasnącej karierze aktorskiej. Tylko, że Robin Williams nie narzekał na brak ofert i wciąż potrafił znaleźć ciekawe projekty dla siebie (np. w 2011 zadebiutował na Broadwayu w sztuce Bengal Tiger at the Baghdad Zoo). W sedno trafił Dick Cavett, słynny prowadzący telewizyjny i komik, który dobrze znał Robina Williamsa i sam cierpi na depresję, przytaczając pewną anegdotę:
logo
Williams jako Tygrys Bengalski w sztuce Bengal Tiger at the Baghdad Zoo
Belinda Luscombe: Billy Crystal powiedział, że stand up to sposób na przetwarzanie tego, co dla komika bolesne.
Robin Williams: Tak.
Belinda Luscombe: [Żartobliwie]Czy to znaczy, że powinniśmy życzyć ci więcej bólu?
Robin Williams: Nie musicie, sam go znajduję...
Już w sekundę później zmienił temat i znów żartował. Momentalnie przeskoczył na temat istnienia ludzi z „pozytywnym Zespołem Tourette'a”. Ale na tę krótką chwilę otworzył się i odkrył tę otchłań, z którą na co dzień się mierzył. Takich chwil było więcej – można je odkryć w wywiadach – zarówno tych telewizyjnych, jak i magazynowych. Wszędzie tam, gdzie improwizował i na krótką chwilę zatrzymywał się, by niespodziewanie spoważnieć. O takim momencie wspominał Dick Cavett opowiadając o sytuacji, który dziś zdaje się mówić tak wiele o walce Robina Williamsa z otaczającym go mrokiem:
Jego [Robina Williamsa] śmierć przypomniała mi historię sprzed wielu lat, gdy byliśmy w małym klubie. Rozbawił i przyniósł radość widowni, zszedł ze sceny i powiedział: „Czy to nie zabawne, że potrafię przynieść szczęście tym wszystkim ludziom, ale nie sobie?”
I to pytanie retoryczne powinno zastąpić wszystkie zbędne komentarze po śmierci Robina Williamsa. Te kilka słów mówi wszystko o nim i o tym, jak długo zmagał się z depresją. Słowa rzucone pomiędzy setkami żartów i skeczy na zapleczu małego klubu do znajomego komika.
Większość czytelników NaTemat mogła znać Robina Williamsa jako aktora komediowego (albo po prostu jako aktora); dla mnie jednak był on przede wszystkim artystą stand upu i geniuszem improwizacji. Wszystkie jego występy oglądałem po wielokroć, czasem wyłapując jakąś aluzję i subtelny żart dopiero za którymś razem. Niektóre numery i żarty znałem praktycznie na pamięć. A jednak, gdy czytałem i słuchałem kolejnych aktorów, reżyserów, znajomych i nieznajomych Williamsa opowiadających o swoim „ulubionym momencie Robina Williamsa” natrafiałem na pustkę w głowie. Żadna scena, żaden żart, żadna wzruszająca historia (jak choćby jego przyjaźń z Christopherem Reevem, czy dzwonienie do Stevena Spierlberga podczas kręcenia Listy Schindlera, by spróbować go rozweselić, by materiał nad którym pracował za bardzo go nie przytłoczył). Potrzebowałem kilku dni, by uświadomić sobie, że tym, co jest moim „ulubionym momentem” Williamsa jest on sam. To, że czasem podczas zwykłej rozmowy zacytuję go, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, gdyż jego absurdalne porównania i setki komentarzy na stałe wpisały się w mój słownik. Wciąż będę wracał do jego występów, nawet tych sprzed 30 lat, ponieważ nie przestaną mnie bawić i zadziwiać za każdym razem. I zapamiętam radę, którą Robin Williams podzielił się z nami wiele lat temu:
Dostałeś tylko jedną, maleńką iskrę szaleństwa. Nie możesz jej stracić.
Nathan Lane opowiedział, jak kiedyś Robin Williams po nakręceniu sceny improwizując sprawił, że Lane śmiał się do rozpuku tak długo, aż się popłakał. Teraz zaś do łez doprowadziła go informacja o śmierci tego wielkiego człowieka. I choć nie miałem zaszczytu słuchać żartów Robina Williamsa na żywo, mogę powiedzieć to samo.
Iskierkę szaleństwa pochłonął mrok…