
Czasem rozmowy z obcymi ludźmi w kawiarni mogą przynieść pokaźną porcję niezwykle interesujących informacji, choć niekoniecznie takich, które bym chciał uzyskać. Mogą jednocześnie całkiem przypadkiem trafić z nerw, na który jestem niezwykle wyczulony. I tak było tym razem, gdy usłyszałem szczere pytanie „ale po co mi ewolucja?”
REKLAMA
Jakiś czas temu ze względu na brak miejsc w kawiarni dosiadłem się do pracującej na laptopie dziewczyny, samemu oddając się jednemu z najmilszych mi połączeń: czytaniu książki i popijaniu dużej, białej kawy. Po jakimś czasie do mojej sąsiadki dołączyła koleżanka, a do mnie znajomy, co oczywiście oznaczało konieczność odłożenia książki. Chwilowe bliskie sąsiedztwo stało się przyczynkiem do miłej rozmowy, która po jakimś czasie przeszła na temat czytanej przeze mnie pozycji, a mianowicie Karola Darwina (tak – zdarza mi się czytać Darwina dla przyjemności i tak – nie widzę w tym nic dziwnego). Obie dziewczyny nie bardzo kojarzyły autora, co wprawiło mnie w osłupienie i skłoniło do dalszego indagowania rozmówczyń o Darwina i jego słynną (przynajmniej dla mnie) teorię.
Dlaczego tak zaskoczyła mnie niewiedza obu pań? Przecież nie każdy musi zajmować się biologią czy też ewolucją? Otóż jedna z nich była młodą panią doktor pediatrii, druga zaś młodą panią weterynarz. Założyłem, że podczas studiów teoria ewolucji była omawiana, a o Darwinie wspominano nie raz i nie dwa razy. A jednak Pani Weterynarz powiedziała mi, że na żadnych zajęciach nie pojawił się Darwin. Co więcej – sama teoria ewolucji była nieobecna i Pani nie widziała właściwie potrzeby, dla jej obecności, gdyż ważna jest wiedza szczegółowa, nie zaś jakieś ogólne rozważania. Pani Doktor co prawda wspomniała, że ewolucja gdzieś tam mogła się podczas studiów pojawić i że sama teoria ewolucji jest potrzebna (czy też „warta uwagi”), jednakże jej wartość jest dla badań naukowych, dyskusji naukowych, jaki ma zaś sens uczenie jej studentów medycyny, przyszłych lekarzy? Praktykom się z pewnością nie przyda, przyda się teoretykom oddającym się pisaniu artykułów naukowych.
Moje uwagi o istotności teorii ewolucji zdawały się być przyjmowane z nutką pobłażliwego przytakiwania. Ot, bredzący przypadkowy klient kawiarni, a może: ot, młody filozof chciałby wszędzie wpychać jak najwięcej teorii i zbędne, ponad stuletnie książki. Cała rozmowa niedługo zeszła na inne tory, jak to dyskusja pomiędzy czwórką nieznajomych ma w zwyczaju.
Nieistotność teorii ewolucji dla (przynajmniej niektórych) lekarzy i weterynarzy nie dawała mi jednak spokoju. Szukałem czegoś, co mogłoby ukazać przydatność ewolucji nie tylko dla teoretyków, ale także dla „zwykłych śmiertelników”. Przypomniałem sobie o Randolphie Nesse – lekarzu i biologu ewolucyjnym, który już kilka książek poświęcił tłumaczeniu w jaki sposób rozumienie teorii ewolucji może pomagać lekarzom przy stawianiu diagnoz, zapisywaniu antybiotyków, a nawet tłumaczeniu pacjentom dlaczego powinni brać leki do końca kuracji, zamiast przerywać, gdy tylko poczują się odrobinę lepiej (ta wiedza przydałaby się wielu polskim lekarzom, szczególnie, że Polacy zdają się królować w „samoleczeniu” i „wiedzeniu lepiej niż lekarz”). Randolphów Nesse jest na świecie zdecydowanie za mało, jednak wystarczająco, by spora grupa studentów medycyny potrafiła docenić znaczenie ewolucji w ich nauce, a przede wszystkim praktyce.
Oczywiście teoria ewolucji nie tylko medykom miałaby się przydawać. W końcu druga Pani była młodą Panią Weterynarz i nie widziała sensu dla teorii ewolucji w tej dziedzinie wiedzy. Gdybym wtedy mógł z niezobowiązującej rozmowy przejść płynnie do oglądania półtoragodzinnego wykładu doktora Richarda Leakey’a, to może jemu udałoby się ją przekonać lepiej niż mnie:
Leakey potrafił ukazać, że teoria ewolucji niezależnie od całej wartości dla biologów, zoologów, etologów i pewnie też weterynarzy jest niezwykle cenna, gdyż uczy człowieka tej zapomnianej cnoty – skromności. Ciężko chełpić się „człowieczeństwem” wiedząc o dzieleniu przodka z meduzą. To nie geny i przynależność do homo sapiens przydają honor człowiekowi, a czyny, jakimi znaczy swoje życie. Poznanie teorii ewolucji zdaje się mieć sens chociażby po to, by dla odmiany nie dać się zniewolić chełpliwemu, ludzkiemu ego. Jak dla mnie jest to wystarczająca odpowiedź na zadane w tytule artykułu pytanie „po co mi ewolucja?”…
* Inna odpowiedź na zadane w tytule artykułu pytanie wskazująca na związek nieznajomości teorii ewolucji z „otwarciem” się na medycynę alternatywną, wierzenie we wpływ szczepionek na autyzm, moc „leków” homeopatycznych i wynikające z tego nowe epidemie chorób, z którymi cywilizacja już dawno wygrała to temat zasługujący na osobny, smutny artykuł….
