Wielkimi krokami zbliża się premiera filmu Noah w reżyserii Darrena Aronofsky’ego. Tymczasem okazuje się, że kolejnym religijnym grupom nie podoba się przedstawianie historii jednego z patriarchów trzech religii Abrahamowych. I w krytyce filmu (którego najczęściej jeszcze nie widzieli) chrześcijanie i muzułmanie jednoczą siły.

REKLAMA
Wydawać by się mogło, że film o historii Noego powinien przypaść do gustu wszystkim, w szczególności osobom wierzącym. Im więcej Boga w mediach, tym lepiej – nieprawdaż? „Dziesięcioro przykazań” z Charltonen Hestonem z roku 1956 odniosło sukces komercyjny i artystyczny (1 Oscar, 7 nominacji), w tamtym roku niezwykłą popularność zyskał serial „Biblia” puszczany na History Channel oraz powstały na bazie jego popularności film „Syn Boży”, który raptem kilka tygodni temu trafił do kin w USA, a do polskich kin trafi 4 kwietnia. Filmy te (i serial) też budziły kontrowersje i miały swoich przeciwników, ale to nie przeszkodziło, by z czasem stały się „ulubieńcami” religijnej publiczności. Sprawa miała się podobnie nawet z oskarżaną o antysemickie akcenty i gloryfikację przemocy „Pasją” Mela Gibsona, która zarobiła na świecie ponad 600 milionów.
logo
http://wadebearden.com/tag/noah/

To co takiego złego może być w Noah (polski dystrybutor postanowił urozmaicić tytuł filmu, zmieniając go na „Noe: Wybrany przez Boga”. Zrobił to najwyraźniej z obawy, by widzowie nie pomylili głównego bohatera z innymi, równie popularnymi wersjami Noego)? Otóż, jeszcze w tamtym roku, chrześcijańskie organizacje w Stanach Zjednoczonych (np. organizacja National Religious Broadcasters, czy gazeta Christianity Today) były wyraźnie niezadowolone ze sposobu przedstawienia historii biblijnej (choć nie widzieli jeszcze filmu). Ich obawy związane były z reżyserem, którego wizji „nie ufali” oraz wydanej w 2011 komiksowej wersji historii Noego, która miała być dla Arofonsky’ego inspiracją (komiks wyszedł po polsku i można go nabyć np. TU). To spowodowało, że szefowie Paramount Pictures postanowili przygotować próbne pokazy (częsta praktyka w przypadku komedii, czy horrorów, by sprawdzić, co z nakręconego materiału ludziom najbardziej przypada do gustu), na których prezentowali różne wersje filmu – choć nie wersję reżysera, gdyż nie była jeszcze wtedy nawet skończona. Nie konsultowali zmian, ani samej decyzji pokazów próbnych z Arofonskym, co (zrozumiale) wywołało jego spore niezadowolenie.
Paramount przygotował aż 4 różne wersje filmu, by przypodobać się chrześcijańskim widzom w USA, jednak żadna z nich nie przypadła do gustu publiczności, nawet najkrótsza (jedynie 86 minutowa), okraszona „montażem religijnych obrazów” i zakończona kawałkiem chrześcijańskiego rocka. Cóż zatem nie przypadło do gustu widowni z próbnych pokazów? Zgodnie z relacjami widzów np. scena, w której Noe przeklina swego syna Hama za to, że nakrył go leżącego nago i pijanego. Nieważne, że to wierny opis rozdziału 9 Księgi Rodzaju. Inny zarzut postawił Ken Ham, słynny (choć może lepszym słowem byłoby tu: niesławny) kreacjonista, założyciel Muzeum Kreacji w stanie Kentucky, który obecnie próbuje zbudować replikę arki i uczynić z niej park rozrywki twierdząc, że film wyrządzi więcej szkód, niż pożytku. Warto przytoczyć jego wypowiedź:
Z pewnością po obejrzeniu filmu ludzie mogą sięgnąć po Biblię by przeczytać prawdziwą historię. Ale w dzisiejszych czasach, młodzież z trudnością odróżnia rzeczywistość od fikcji i rzadko poświęca czas by wyrobić własne, oparte na edukacji zdanie.
Gdy kreacjonista wierzący, że Ziemia ma 6.000 lat, że na Arce zmieściło się około 3 milionów zwierząt narzeka, że młodzież ma problem w odróżnianiu prawdy od fikcji nie wiem gdzie umieścić żart. Cała wypowiedź jest tak absurdalna, że trudno może być potraktować ja poważnie. Ken Ham uważa, że film jest „nie dość prawdziwy”, że prawdziwą (nie alegoryczną) historię znajdziemy na stronach Biblii, od której film może odciągać młodzież. Tę samą młodzież, która będzie miała problem z rozróżnieniem, czy wierzyć w to, że Noe ma 950 lat, jak twierdzi Biblia, czy że był przystojnym Australijczykiem, który najwyraźniej lubi się przebierać (za Gladiatora, Robin Hooda, czy Javerta z Nędzników). To tak, jakby wyznawca Świętego Mikołaja narzekał na film, w którym tenże przemiły staruszek nie ma brody oraz w zaprzęgu nie ma reniferów, a wielkie orły, twierdząc, iż ta wersja zakłamuje PRAWDĘ HISTORYCZNĄ, którą dzieci mogą poznać tylko wystaw sklepowych i świątecznych reklam Coca-Coli.
Na szczęście (?) żadna z 4 wersji Paramountu (pod którymi Aronofsky nie chciał się nawet podpisać) nie przypadła do gustu chrześcijanom (lub wybranej wąskiej grupie publiczności) i wytwórnia zrezygnowała z pomysłu wypuszczenia „religio-przyjaznej” wersji do kin. Aronofsky od początku nie dał się przekonać do ugłaskiwania potencjalnych widzów, którzy mogliby przynieść dodatkowe zyski wytwórni i powiedział, że to „najmniej biblijny film biblijny jaki kiedykolwiek powstał”. Dodał: „to bardzo, bardzo inny film. Czegokolwiek się spodziewacie, jesteście w pierdo…m błędzie.”
Część chrześcijańskich grup w Stanach Zjednoczonych może być niezadowolona z „wizji reżysera”, ale przedstawiciele tych grup w większości wyrażają chęć obejrzenia filmu, nawet jeżeli nie jest wierny Biblii. Tak „łagodnego” potraktowania ze strony muzułmanów film jednak się nie doczekał. „Noe: Wybrany przez Boga” został już zakazany w Katarze, Bahrajnie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, prawdopodobnie zostanie zakazany w Egipcie, Jordanie i Kuwejcie. Dlaczego? Film ukazuje postać Noego, który jest jednym z proroków islamu i tworzenie jego wyobrażeń jest zabronione (przynajmniej część szkół prawa islamskiego tak naucza). W tym duchu wypowiedział się sunnicki instytut Al-Azhar, nawołując właśnie do zakazu filmu na terenie Egiptu.
Jak widać, gdy chodzi o zakazywanie ukazania lub wpływanie na formę ukazania postaci religijnych muzułmanie i chrześcijanie potrafią ze sobą (nieświadomie) świetnie współpracować. I będą mieli ku temu kolejną okazję już niedługo, gdy Ridley Scott skończy kręcić film Exodus z Christianem Balem w roli głównej, opowiadający historię Mojżesza i wyprowadzenia Żydów z Egiptu. Już teraz mogę się założyć, że religijni krytycy uznają go za nie dość wierne odwzorowanie „prawdy” przedstawionej na stronicach świętych ksiąg.
Dobrze jest czytać, że reżyser broni swojego dzieła i artystycznej wizji i udaje mu się to dzieło obronić przed zmianami. Czy jednak cały ten hałas wokół filmu przekonał mnie do wybrania się na Noego do kina? Nie. Przekonał mnie jedynie do tego, że religijne grupy na całym świecie ukochały rolę cenzora, której nie powinny w żadnym wypadku pełnić w wolnych, sekularnych, nowoczesnych społeczeństwach.