„Wszystkie kobiety stają się takimi jak ich matki. To jest ich tragedia. Żaden mężczyzna nie staje się jak jego matka. To jest jego tragedia”. – Oscar Wilde
REKLAMA
Mężczyźni przez większość część rozwoju cywilizacji dominowali nad kobietami. Wojowali, plądrowali, polowali, gwałcili. Na polu bitwy i w biurze. Niektórzy próbowali w sypialni. To oni również mieli wszelkie przywileje. Emocje, które mogli okazywać, to była złość czy też inne związane z ekspresją dominacji na różnych polach działania. Okazywanie smutku, rozpaczy, tęsknoty czy nawet radości to nie były emocje godne mężczyzn. Te oznaczały słabość lub bycie zniewieściałym. Męska złość, jak pisze William Pollock, to jest ich „sposób płakania”. Inne formy tego płaczu to picie alkoholu, reakcja wycofania, przesadne zainteresowanie seksem, zachowania oparte na konkurowaniu z innymi czy też skargi dotyczące zdrowia (somatycznego oczywiście). Są to typowe sposoby męskiego radzenia sobie poprzez rozproszenie, czyli skupianie się na zewnętrznych czynnikach, na działaniach (często kompulsywnych) zamiast na swoich własnych emocjach. Obowiązuje też coś, co William Pollock nazywa „kodem chłopca” albo „kodem faceta”. Kod ten nie jest nigdzie zapisany, ale silnie oddziaływuje na chłopców, którzy powinni być „stabilni, niezależni, stoiccy”. Chłopcy, którzy nie dostosują się do tego kodu, mogą zostać wyśmiani i zawstydzeni.
Jak pisze Louann Brizendine w swojej książce „Męski mózg”, część w mózgu mężczyzn odpowiedzialna za powstrzymywanie złości jest mniejsza w porównaniu z tą samą częścią u kobiet. Dlatego reakcja złości występuje częściej u mężczyzn aniżeli u kobiet. Mężczyźni doświadczają tego, co nazywa się autokataliczną złością, czyli samonakręcającą się złością. A złość jest jedną z nielicznych emocji, które mężczyźni mają prawo okazywać, jest to bowiem emocja siły. I choć nie jest to przyjemna emocja, to badacze potwierdzają, iż ludzie preferują te emocje, które są potencjalnie użyteczne, nawet jeżeli nie są przyjemne. Złość powoduje, że mamy mniejsze poczucie ryzyka i wbrew obiegowej opinii czasem złość sprawia, że osoba jej doświadczająca myśli bardziej racjonalnie. Co jednak działa w pracy, niekoniecznie sprawdza się w relacjach z innymi ludźmi. Stąd tak częste narzekania ze strony kobiet, że ich partner: „nie rozumie mnie”, „nie rozumie emocji”.
Można mieć wrażenie, że nagle ci stabilni, niezależni, stoiccy mężczyźni rzeczywiście stali się słabi. Popadają w depresję, histeryzują, a ich buńczuczna poza macho a la Berlusconi może już tylko śmieszyć. Można powiedzieć, że wszystkiemu winne są kobiety. Zmieniły bowiem swój sposób bycia. Też chcą zdobywać, dominować, rządzić. Pewnie po części i to jest powodem obnażenia kruchości męskości, ale kruchość tkwi jeszcze w czymś innym: w zaprzeczaniu emocjom, w braku świadomości emocji i ich funkcji. Ta nowa postawa kobiet wzmocniła tylko to, co zawsze miało miejsce: nieumiejętność mężczyzn bycia z emocjami i zarządzania nimi. Emocje zaś nie są jakimś zbytecznym dodatkiem, nieudanym, ubocznym produktem ewolucji. Są jak najbardziej pożytecznym jej produktem. Potrzebujemy emocji, wszystkich. Problem nie polega na tym, że doświadczamy emocji, ale że nie potrafimy z nich korzystać. Każda emocja niesie ze sobą odpowiednią informację, mówi nam o tym, co się z nami dzieje, a nawet czego potrzebujemy. Jeżeli jednak przy każdej sytuacji, w której pojawiają się emocje, ignorujemy je, to po pewnym czasie zaczną do nas powracać w formie mało pożytecznej. Lęk może przemienić się w złość. Złość w lęk. Jeden lęk może zapoczątkować kolejne lęki. Unikam jednego, pojawia się kolejny. Złość zamienia się w niekontrolowane wybuchy złości.
Wbrew przywilejom, którymi mężczyźni cieszyli się przez wieki, bardzo trudno jest być mężczyzną. Najgorszy rodzaj braku szacunku i troski wobec mężczyzn polega na niemówieniu o ich problemach i o ich emocjach. Zaprzeczaniu prawu do przeżywania przez nich emocji. Myślenie, że mężczyźni sobie jakoś poradzą. Ci którzy sobie „jakoś” radzili dawno już jednak nie żyją, umarli z przepracowania, przepicia, z niewyrażania tego, co było dla nich ważne. Jest jednak wielu odważnych mężczyzn, którzy mają świadomość swoich emocji, którzy pracują nad swoimi emocjami.
Problem związany z przekazywaniem wiedzy na temat emocji mężczyznom jest często związany ze źle dobranym językiem. Może i u zarania dziejów psychologię i psychoterapię w większości tworzyli mężczyźni, ale obecnie zdecydowanie psychologia jest sfeminizowana (zwłaszcza jej część praktyczna). Z drugiej strony nawet Freud interesował się przede wszystkim psychopatologią kobiet, ich histerią (czyli macicą). Męska dominacja nie wydawała się być problemem, a już na pewno nie problemem dla samych mężczyzn.
Obecnie zdecydowana większość szkoleń, poradników, a nawet terapii skierowana jest do kobiet. Tylko zdesperowani lub bardzo odważni mężczyźni decydują się na uczestnictwo w takich szkoleniach. Mężczyźni jednak nie chcą stać się kobietami. Chcą poczuć się lepiej w swojej własnej skórze, męskiej skórze. Wielu terapeutów, a nawet terapeutek to rozumie i dostosowuje język do potrzeb męskiego odbiorcy.
David Wexler pisze o stresie roli płci męskiej (ang. masculine gender role stress - MGSR), czyli „znaczeniu, które mężczyźni przypisują różnym sytuacjom w swoim życiu, zwłaszcza tym, które związane są z tożsamością i kompetencję jako mężczyzna”. Mężczyźni, którzy stwierdzają, że nie dają sobie rady jako mężczyźni (na podstawie swojego rozumienia męskości, które związane jest z procesem socjalizacji), rozwijają ten rodzaj stresu. Jest wielu mężczyzn, którzy pomimo przywileju bycia mężczyzną, wcale nie czują się pewnie. W dodatku w przeciwieństwie do kobiet nie czują się połączeni ze światem. Często bowiem męskość rozumiana jest jako konkurowanie: „muszę być lepszy od innych”, „muszę więcej zarabiać”. To konkurowanie polega na odłączeniu się od innych, bo przecież z innymi muszą walczyć. Poza tym istnieje jeszcze pojęcie męskiego „konfliktu roli płci” (ang. gender role conflict – GRC), na które składa się: (1) emocjonalna restrykcyjność (czyli niechęć/trudność/lęk wobec okazywania uczuć), (2) restrykcyjność czułego zachowania pomiędzy mężczyznami („jeszcze ktoś mnie weźmie za geja”, „to nie jest męskie”), (3) czynnik poczucia sukcesu/siły/konkurencyjności („czuję, że osiągam sukces poprzez siłę i konkurowanie z innymi”) oraz (4) konflikt pomiędzy pracą a relacjami rodzinnymi („co jest dla mnie ważniejsze?”). Według Wexlera im bardziej mężczyzna przywiązany jest do tradycyjnych cech męskości, tym bardziej prawdopodobne, że nie spełni tych kryteriów. To znaczy, że im bardziej będzie się starał je zrealizować, tym gorszy będzie rezultat.
Kobiety często narzekają, że mężczyźni są emocjonalnie upośledzeni. I jest to po części prawda. Mężczyźni cierpią bowiem na „normatywna męską aleksytymię” (ang. normative male alexithymia), pojęcie wymyślone przez Rona Levanta. Słowo normatywna nie oznacza, iż coś jest normalne, ale że jest statystycznie rozpowszechnione, aleksytymia zaś jest słowem wywodzącym się z greckiego i oznacza „brak słów na emocję”. Osoby cierpiące na aleksytmię nie są świadome swoich emocji, nie potrafią ich wyrazić. Nie mają pojęcia, co dzieje się w ich świecie wewnętrznym. Jak zatem zrozumieć swoje własne emocje? Ich sens? Często takie osoby nie potrafią odróżnić doznań cielesnych od emocji, swoich fantazji, zrozumieć połączenia pomiędzy nimi. Często są to mężczyźni, którzy zgłaszają się do lekarza z problemem somatycznym, ale lekarz nie może znaleźć żadnego problemu. Problem bowiem tkwi w trudności emocjonalnej. Badania Krystal i Sifneos pokazują również, że aleksytymicy mają ograniczony zakres doświadczania pozytywnych emocji, czyli mówiąc prościej: mało co ich cieszy. To do czego się ograniczają, to część poznawcza, analizy i opinie. Brakuje im tego, co nazywa się emocjonalną inteligencją. Jednak różnicy w poziomach inteligencji emocjonalnej pomiędzy mężczyznami a kobietami nie można jedynie oprzeć na różnicach hormonalnych. Badania pokazują, tak jak to pisze Dunn, że „matki używają więcej słów dotyczących emocji ze swoimi córkami aniżeli z synami” (tak samo jest w przypadku ojców i synów). Chłopcy są też mniej przytulani (po ukończeniu czwartego, piątego roku). Z chłopcami rozmawia się o przyczynie i konsekwencjach emocji, a z dziewczynkami o doświadczeniu emocji. Levant i Pollock piszą, że proces męskiej socjalizacji jest „traumą tak normatywną (częstą), że już nie myślimy o niej jak o traumie”. Mężczyźni zatem już od samego początku mają mniejszą wiedzę na temat emocji, trudności, których doświadczają. Oni po prostu mają się „brać w garść”.
Jak pisze Wexler, „inteligencja emocjonalna to umiejętność postrzegania, zauważania i zarządzania swoimi emocjami oraz innych osób i na tej podstawie podejmowanie decyzji w sytuacjach interpersonalnych”. Jak pokazują badania, im większy poziom stresu roli płci męskiej oraz normatywnej męskiej aleksytymii, tym mniejszy poziom inteligencji emocjonalnej. A zatem, czym bardziej jestem męski, oddzielony od innych, nieokazujący słabości, tym trudniej mi być kompetentnym i uzyskiwać sukcesy. Badania opisywane przez Daniela Siegela, który zajmuje się neurobiologią interpersonalną, mówią o tym, że mamy w mózgu połączenia odpowiadające na poczucie połączenia lub odłączenia od innych (niezależnie od tego, jakiej płci jesteśmy).
W kwestii bycia mężczyzną ważniejsze wydaje się bycie „relacyjnym bohaterem” (termin Terrence’a Reala) aniżeli „prawdziwym mężczyzną”. Jak bowiem chcę być zapamiętany przez innych? Jako ojciec, syn, partner, rodzic? Co inni widzą teraz, patrząc na mnie, a co chciałbym, żeby zobaczyli? To jest pytanie, które powinien zadać sobie „prawdziwy mężczyzna”. I to zmieni jego jakość życia. Bardziej niż męczące poczucie konkurowania i ciągłego dążenia do bycia lepszym poprzez to wszystko, co zewnętrzne.
