Wszyscy chcemy poczuć się lepiej albo… chociażby mniej cierpieć. Jak dotąd nic, absolutnie nic nie dało nam całkowitej ulgi, nic ostatecznie nie zniosło cierpienia. Psychologia czasem predystynuje do bycia jednym z narzędzi uwolnienia nas od wszelkiego cierpienia. Tyle, że to jest niemożliwe. Psychologia nie jest lekarstwem na wszystko. Jak pisze William Davies, dodatkowo psychologia stała się jednym z narzędzi kapitalizmu, które niekoniecznie już pomaga czy wspiera. W tym kontekście często wspiera opresję jednostki.

REKLAMA
W książce „Przemysł szczęścia” (ang. „Happiness Industry”) William Davies, wykładowca politycznej ekonomii z Goldsmiths University of London, pisze o Międzynarodowym Forum Ekonomicznym (ang. World Economic Forum) i pewnym szczególnym wydarzeniu. Właśnie tam w 2014 zaproszono słynnego mnicha buddyjskiego, Matthieu Ricarda. Uczestnicy tego spotkania mieli możliwość praktykowania z nim, jak pisze Davies, z tym elitarnym mnichem. Elitarnym, jako że ma pseudonim „najszczęśliwszego człowieka na świecie” (za sprawą serii badań nad jego mózgiem). Delegaci mogli nauczyć się medytacji, metod uzyskiwania stanu szczęścia i relaksacji. Aż 25 sesji poświęcono właśnie kwestii dobrostanu fizycznego i emocjonalnego. Jak pisze Davies, „szczęście w różnych przebraniach”, które nie jest już dodatkiem, ale stanowi miarę naszego sukcesu dotyczy m.in. radzenie sobie ze stresem i umiejętności pozytywnego nastawienia (niezależnie od okoliczności naszego życia). Nie wystarczy już być bogatym. Trzeba jeszcze być szczęśliwym. I mierzyć to szczęście: za sprawą smartwatchów, komórek i innych gadżetów. I tak korporacje takie, jak Google zatrudniają na stałe specjalistów od psychologii pozytywnej, uważności i innych narzędzi, które mają sprawić, że… Tu pojawia się pytanie – czemu służą te wszystkie techniki? Czy jednostce, czy korporacjom, rządom, ażeby łatwiej było zarządzać jednostką? Davies słusznie zaznacza, że nie można zapomnieć o kontekście. Inaczej może to skończyć się tym, że jednostka będzie obwiniana za wszystko, czego doświadcza w swoim życiu bez brania pod uwagę faktu, że nie wszystko jest zależne od niej. Co więcej bycie w złym nastroju, w depresji będzie źle widziane. Jak pisze Barbara Fredrickson, profesor psychologii z Uniwersytetu North Carolina w Chapel Hill, w swojej książce „Pozytywność” (ang. „Positivity”): „w jakichkolwiek teraz znajdujesz się okolicznościach, masz to, co trzeba, żeby zmienić swoje życie i świat wokół ciebie na lepsze”. A co, jeśli tak nie jest?
Pojawia się też pytanie, w jaki sposób mierzymy ten dobrostan (czy też jego brak). Nie wystarczy bowiem powiedzieć, jak się czujemy. Potrzebujemy jeszcze mieć „obiektywne” narzędzia, które to zmierzą. Skaner fMRI jest obecnie jednym z ulubionych metod mierzenia tego, co czujemy i myślimy. Z różnych badań wiemy też, że nieważne, jak dobre jest badanie z zakresu neuronauki, ważne, że jest z tego zakresu. To wygląda przekonwujaco, choć większość nie rozumie tych wyników badań. Dodatkowo coraz częściej (i bez naszej wiedzy) wykorzystuje się instrumenty do wykrywania naszego nastroju dzięki specjalnym komputerom i ich algorytmom. Działo się tak np. podczas literackiego festiwalu w Cheltenham w 2013. Przy pomocy komputerów rejestrowano mimikę twarzy uczestników. Pojawia się wątpliwość (pisze Davis), czy można odebrać głos i autorytet osobom badanym i w całości powoływać się jedynie na różnego rodzaju technologie? Kolejne pytanie – w jakim celu te dane będą wykorzystywane? Już teraz bowiem badania neuronauki wykorzystują agencje reklamowe, aby zwiększyć sprzedaż produktów.
W związku z tymi wątpliwościami warto wziąć pod uwagę zaplecze filozoficzne i refleksyjne psychologii. Wilhelm Wundt, który po raz pierwszy w historii użył terminu „psycholog”, opierał się na introspekcji, co oznaczało potrzebę refleksji. Niemiecka szkoła psychologii w dużej mierze wywodziła się z filozofii. Tymczasem szkoła amerykańska (z której przede wszystkim obecnie korzystamy) oparta była na czystym utylitaryzmie, aspekcie użytkowym. Już w 1900 r. James McKeen Cattell i Harlow Gale (byli uczniowie Wundta) próbowali zrozumieć, jak ludzie reagują na różne reklamy (co dało podłoże psychologii konsumenckiej). Wraz z nadejściem Watsona (innego psychologa amerykańskiego), introspekcja, percepcja, itd. zostały zastąpione mierzalną obserwacją zachowania (behawioru). Co ciekawe, sam Watson nie oparł się romansowi z branżą reklamową, dołączając do firmy J. Walter Thompson i studiując zachowania konsumenckie.
Wspomniana wcześniej korporacyjna troska o pracowników może nie mieć wiele wspólnego ze zmianą filozofii danej korporacji, ale wynikać z prostego faktu nieopłacalności wypalenia pracowników. Ci pracownicy mogą przychodzić nawet do pracy, ale być apatyczni i mało produktywni. To stawia poważne zagrożenie kapitalizmowi, kultowi produktywności, trybowi nieustannego dążenia, osiągania wyników i sukcesu. Jak pisze Davies, „człowiek musi ciężko pracować, być szczęśliwy, zdrowy, a przede wszystkim bogaty”. I nawet takie narzędzia, jak uważność mają nam w tym pomagać – paradoksalnie bardziej w działaniu aniżeli byciu czy refleksji. Sama psychoterapia także czasem służy zmniejszaniu „oporu”, skupiając się na wewnętrznych procesach pacjenta/klienta, a nie na kontekście, w których ich doświadcza. Tym samym zamiast zmniejszać cierpienie, diagnozować jego źródła, psychologia przyczynia się w najlepszym przypadku do utrzymania status quo. Profesor Lauren Berlant wspomina o „okrutnym optymizmie”, co oznacza, że pragnienie czegoś jest de facto przeszkodą w rozwoju. Tak, jakby środek zastępował cel i autentyczną intencję.
Ważnym pytaniem, które zadaje Davies, jest to, czy nie lepiej pieniądze przeznaczane na różnego rodzaju terapie, badanie kolejnych części naszego mózgu, przeznaczyć na budowanie nowego modelu polityczno-ekonomicznego?