W geometrii kropkę, czyli punkt określa się jako „miejsce bez wymiarów”. Jednak w języku polskim kropka ma i wymiary (określone przez typografię), i wymiar – znaku nadającego sens. Co nadaje sens, jest dobre – niechże więc przestanie być brana za zło konieczne i wróci do łask.

REKLAMA
Niedawno zmarły Tadeusz Różewicz nie miał problemu z niewyposażaniem swoich wierszy w znaki przestankowe. Jednak on wielkim poetą był i takie prawo miał – szła z nim pod rękę pewna licentia, a pomijanie myślników, przecinków czy kropek w poezji może być cenne: daje szerokie pole do interpretacji utworów przyprawiając je o wieloznaczność, a czytelnika o poczucie (do)wolności odbioru. W kształtowaniu, urabianiu polszczyzny do swoich potrzeb Różewicz mógł wszystko, a jednak już w swojej prozie grzecznie i skutecznie wykorzystał całą siłę drzemiącą w interpunkcji. Jak sam przyznawał, właściwie nie robił użytku z takich dobrodziejstw (dla Niego chyba „dobrodziejstw”) technologii przełomu tysiącleci jak Internet, komputer czy telefon komórkowy. Nie chciał, nie musiał, nie miał potrzeby. Czytał książki i prasę, a więc zamknął się w ostojach dbałości o to, by na końcu zdania oznajmującego bez wyraźnych emocji stała kropka.
Media klasyczne, społecznościowe i cała Sieć orzą i bronują nam umysły aż miło. To już wiemy, a kto nie chce przyjąć tego do wiadomości, ten przynajmniej przeczuwa. Tempo życia utrudnia nam uważną lekturę tekstów dłuższych niż na kilka czy paręnaście wersów, za to codziennie nasz wzrok ślizga się po dziesiątkach reklam i tytułów. Tam wykrzykniki, znaki zapytania, nawet wielokropki zawsze mają tarło i okres ochronny, natomiast kończącą kropkę z zasady się pomija. W adresach stron internetowych znajdziemy ją nie dalej jak przed przedostatnim znakiem, podobnie jest z adresami mejlowymi, tyle że tam pojawia się za, a jak potrzeba, to i przed „małpą”.
Moim zdaniem właśnie tak bardzo dziś rozpowszechniona „niefinalność” kropki zakodowana w umysłach, do tego stare jak ludzkość zwyczajne niechlujstwo spowodowały, że temu niepozornemu, a bardzo zasłużonemu dla kultury znakowi interpunkcyjnemu otwarcie już odmawia się prawa występowania w jego naturalnym środowisku. Co gorsza, gdzieniegdzie – co zaobserwowałem w szczególności na blogach i w SMS-ach – na końcu zdania można natknąć na parę kropek, tzn. coś pomiędzy kropką pojedynczą a wielokropkiem. Nie chodzi mi o ten znany dwukropek chwacko sterczący ku górze ani o ten koronujący samogłoskę tworząc umlaut, ale o poziomą hybrydę nie wiedzieć czemu leżącą odłogiem przy ostatniej literze.
Niestety od pewnego czasu – oby nie na długo – mam wrażenie, że poza literaturą w druku Polska to nie jest kraj dla samotnej kuleczki zamykającej korowód literowych stworzeń. A przecież w tekście pisanym to nie byt, a kropka określa świadomość, która teraz potrzebuje, żeby nasza świadomość zapewniła jej byt. I kropka.