
Stasys Eidrigevicius to kreator postaci i okoliczności, których próżno szukalibyśmy w codzienności, a których fragmenty jednak budzą w nas nieodparte skojarzenia. Artysta rozpoznawalny i bardzo ceniony na wszystkich kontynentach, do którego wpływu na inspiracje i postrzeganie rzeczywistości przyznają się wielcy tego świata. Jego sztuka głęboko zapada w pamięć, a co wrażliwszym jednostkom mocno i długotrwale pobudza wyobraźnię. Tworzy dzieła płaskie i przestrzenne. Mnożące znaczenia, melancholijne, magiczne.
REKLAMA
www.eidrigevicius.com
J.Ż. - Czy tę emblematyczną dla siebie melancholię ma Pan w sobie od zawsze? Czy wzmaga się ona wraz z upływem czasu?
S.E. - Takie zamyślenie jest w człowieku od urodzenia, a na pewno pokazuje się już na progu szkoły. Ja raczej rzadko bawiłem się z rówieśnikami, zaś często stałem gdzieś i obserwowałem - a i tak raz dostałem kamieniem w czoło, że aż krew leciała. Okazało się, że sprawcą był syn dyrektora kołchozu. Jakoś się z tego wylizałem, ale od tamtej pory mam świadomość, że nieważne, czy żyjesz ryzykownie czy starasz się żyć spokojnie, i tak możesz być narażony na nieprzewidziane wydarzenia. W każdym razie zapamiętałem to jako zdarzenie symboliczne. [śmiech]
J.Ż. - Czy tę emblematyczną dla siebie melancholię ma Pan w sobie od zawsze? Czy wzmaga się ona wraz z upływem czasu?
S.E. - Takie zamyślenie jest w człowieku od urodzenia, a na pewno pokazuje się już na progu szkoły. Ja raczej rzadko bawiłem się z rówieśnikami, zaś często stałem gdzieś i obserwowałem - a i tak raz dostałem kamieniem w czoło, że aż krew leciała. Okazało się, że sprawcą był syn dyrektora kołchozu. Jakoś się z tego wylizałem, ale od tamtej pory mam świadomość, że nieważne, czy żyjesz ryzykownie czy starasz się żyć spokojnie, i tak możesz być narażony na nieprzewidziane wydarzenia. W każdym razie zapamiętałem to jako zdarzenie symboliczne. [śmiech]
J.Ż. - W pierwszych latach swojej działalności artystycznej stawiał Pan na realizm, dopiero po pewnym czasie zaczął Pan wyraźnie od niego odchodzić. Co na to wpłynęło?
S.E. - Nawet fotorealizm. Do pewnego stopnia było to związane z tym, że w czasie pobierania nauk w Akademii Sztuk Pięknych żyłem skromnie, ale za pieniądze rodziców, którym po skończonych studiach chciałem specjalnie podziękować za to utrzymanie. Spytałem ojca, jakie obrazy lubi najbardziej, na co odpowiedział mi, że takie, gdzie wszystko jest jak żywe. Pomyślałem, że przecież robię dużo zdjęć ojcu i mamie, a także sąsiadom, dlatego kilka z nich po prostu namalowałem. Część z tych obrazów zakupiło potem litewskie Muzeum Narodowe, a jeden przedstawiający ojca zagrał nawet w moim przedstawieniu pt. "Biały jeleń" w Teatrze Studio pod dyrekcją Jerzego Grzegorzewskiego [w kwietniu br. minęło 20 lat od premiery - przyp. J.Ż.]. Jest tam taka scena, gdy aktorka grająca moją mamę - a za nią publiczność - patrzy przez drzwi na mojego ojca, którego gra właśnie malowidło. W latach mojej młodości w litewskiej sztuce królowały impresjonizm i ekspresjonizm, a więc kolor i faktura. Mnie takie ujęcie wtedy nie pociągało, liczył się dla mnie realizm, surrealizm czy nawet, jak już powiedziałem, fotorealizm, a w nim najbardziej to zatrzymanie, uchwycenie momentu egzystencji. Studia skończyłem w 1973 r., a w następnym roku stworzyłem wspomniany cykl obrazów.
S.E. - Nawet fotorealizm. Do pewnego stopnia było to związane z tym, że w czasie pobierania nauk w Akademii Sztuk Pięknych żyłem skromnie, ale za pieniądze rodziców, którym po skończonych studiach chciałem specjalnie podziękować za to utrzymanie. Spytałem ojca, jakie obrazy lubi najbardziej, na co odpowiedział mi, że takie, gdzie wszystko jest jak żywe. Pomyślałem, że przecież robię dużo zdjęć ojcu i mamie, a także sąsiadom, dlatego kilka z nich po prostu namalowałem. Część z tych obrazów zakupiło potem litewskie Muzeum Narodowe, a jeden przedstawiający ojca zagrał nawet w moim przedstawieniu pt. "Biały jeleń" w Teatrze Studio pod dyrekcją Jerzego Grzegorzewskiego [w kwietniu br. minęło 20 lat od premiery - przyp. J.Ż.]. Jest tam taka scena, gdy aktorka grająca moją mamę - a za nią publiczność - patrzy przez drzwi na mojego ojca, którego gra właśnie malowidło. W latach mojej młodości w litewskiej sztuce królowały impresjonizm i ekspresjonizm, a więc kolor i faktura. Mnie takie ujęcie wtedy nie pociągało, liczył się dla mnie realizm, surrealizm czy nawet, jak już powiedziałem, fotorealizm, a w nim najbardziej to zatrzymanie, uchwycenie momentu egzystencji. Studia skończyłem w 1973 r., a w następnym roku stworzyłem wspomniany cykl obrazów.
J.Ż. - Potem odsłużył Pan swoje w Armii Czerwonej?
S.E. - Tak, miałem rok służby. Uważałem, że nie może być tak, bym przez ten czas niczego nie tworzył. Zacząłem malować żołnierzy, takie małe formy, ale przełożeni uznali, żebym dał sobie spokój, bo wyglądają jak hitlerowcy. [śmiech] I tak nie chciałem tego robić, więc zamiast tego oficjalnie tworzyłem różne napisy do sali pamięci poświęconej Leninowi (od tamtej pory lubię kaligrafię), a skrycie dla siebie małe rysunki i miniaturowe obrazki. Uważam tamten czas za naprawdę ciekawy i ważny dla mojego życiorysu artystycznego. Mogłem uważać się za wybrańca, bo we trzech - oprócz mnie jeszcze jeden Litwin oraz Estończyk - mieliśmy do dyspozycji swoje małe pomieszczenie, gdzie mogliśmy spokojnie pracować, dzięki czemu omijały nas ćwiczenia z bronią i innego sprawy tego typu.
S.E. - Tak, miałem rok służby. Uważałem, że nie może być tak, bym przez ten czas niczego nie tworzył. Zacząłem malować żołnierzy, takie małe formy, ale przełożeni uznali, żebym dał sobie spokój, bo wyglądają jak hitlerowcy. [śmiech] I tak nie chciałem tego robić, więc zamiast tego oficjalnie tworzyłem różne napisy do sali pamięci poświęconej Leninowi (od tamtej pory lubię kaligrafię), a skrycie dla siebie małe rysunki i miniaturowe obrazki. Uważam tamten czas za naprawdę ciekawy i ważny dla mojego życiorysu artystycznego. Mogłem uważać się za wybrańca, bo we trzech - oprócz mnie jeszcze jeden Litwin oraz Estończyk - mieliśmy do dyspozycji swoje małe pomieszczenie, gdzie mogliśmy spokojnie pracować, dzięki czemu omijały nas ćwiczenia z bronią i innego sprawy tego typu.
J.Ż. - Czy to prawda, że jednym z ważnych powodów Pana wyjazdu z Litwy do Polski w latach 70. był oficjalny nakaz domalowania włosów postaciom dzieci, które oryginalnie stworzył Pan łyse, a któremu to zarządzeniu nie chciał się Pan podporządkować?
S.E. - To lekka nadinterpretacja ze strony dziennikarzy czy krytyków, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że ówcześnie Litwa była częścią Związku Radzieckiego, a poziom cenzury w tym kraju był wprost nie do zniesienia. Moje ilustracje dla dzieci zawierają ważne przesłania, a nie takie - celowo używam tego słowa - pierdoły, jakimi współcześnie
karmieni są najmłodsi, których ze wszystkich stron atakują krzykliwe kolory dobrane bez ładu i składu, co potem przenosi się na ich dalsze życie (dowodem jest np. ostatnio mocno rozpowszechniony zwyczaj robienia sobie tatuaży, często na żenującym poziomie). Dostaję dużo ważnych dla mnie sygnałów nawet od znaczących osób, jak np. litewska prezydent Dalia Grybauskaite, że wychowały się na mojej twórczości, szczególnie na ilustracjach książek dla dzieci, a właściwie obrazach, które zostały umieszczone w tych książkach, by je zilustrować. Proszę zauważyć, że brak tam kwiatów czy innej, w moim mniemaniu zbędnej, ornamentyki. To nie jest kobieca biżuteria, której głównym zadaniem jest zdobić. Dużo tam ziemi, lasu i nieba. Przemawia to równie mocno do dziecka, co do dorosłej, inteligentnej osoby. Przy tym najważniejsze dla mnie nie jest operowanie kolorami, a raczej sytuacjami, z którymi nie jest tak, że je obserwuję czy wymyślam, raczej spływają one na mnie i traktuję je jako dar od Boga. Niekiedy spotykam się z zarzutami, że z moich prac wyziera smutek. Odpowiadam wtedy, że skoro w tygodniu jest siedem dni, to nikomu nie zaszkodzi, gdy sześć będzie wesołych, a jeden trochę smutniejszy.
S.E. - To lekka nadinterpretacja ze strony dziennikarzy czy krytyków, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że ówcześnie Litwa była częścią Związku Radzieckiego, a poziom cenzury w tym kraju był wprost nie do zniesienia. Moje ilustracje dla dzieci zawierają ważne przesłania, a nie takie - celowo używam tego słowa - pierdoły, jakimi współcześnie
karmieni są najmłodsi, których ze wszystkich stron atakują krzykliwe kolory dobrane bez ładu i składu, co potem przenosi się na ich dalsze życie (dowodem jest np. ostatnio mocno rozpowszechniony zwyczaj robienia sobie tatuaży, często na żenującym poziomie). Dostaję dużo ważnych dla mnie sygnałów nawet od znaczących osób, jak np. litewska prezydent Dalia Grybauskaite, że wychowały się na mojej twórczości, szczególnie na ilustracjach książek dla dzieci, a właściwie obrazach, które zostały umieszczone w tych książkach, by je zilustrować. Proszę zauważyć, że brak tam kwiatów czy innej, w moim mniemaniu zbędnej, ornamentyki. To nie jest kobieca biżuteria, której głównym zadaniem jest zdobić. Dużo tam ziemi, lasu i nieba. Przemawia to równie mocno do dziecka, co do dorosłej, inteligentnej osoby. Przy tym najważniejsze dla mnie nie jest operowanie kolorami, a raczej sytuacjami, z którymi nie jest tak, że je obserwuję czy wymyślam, raczej spływają one na mnie i traktuję je jako dar od Boga. Niekiedy spotykam się z zarzutami, że z moich prac wyziera smutek. Odpowiadam wtedy, że skoro w tygodniu jest siedem dni, to nikomu nie zaszkodzi, gdy sześć będzie wesołych, a jeden trochę smutniejszy.
J.Ż. - Miałem tak z książkami Tolkiena, miałem też z Pańskimi ilustracjami [Stasys Eidrigevicius zilustrował polskie wydanie "Silmarillionu" z 1985 r. - przyp. J.Ż.], że po pierwszym kontakcie z nimi utkwiły we mnie na dobre i zmieniły moje postrzeganie świata...
S.E. - To dość typowe. Na przykład kiedy miałem wystawę moich plakatów w Luksemburgu, tamtejszy historyk sztuki wyznał mi, że dobrze znał moje ilustracje od dawna, ale nie kojarzył ich z nazwiskiem. Potem na wernisażu tejże wystawy ujawniały się kolejne osoby z podobnymi doświadczeniami, aż zebrała się pokaźna grupa ich chcących poznać autora, tak że wystawa przerodziła się w mój wykład o konkretnych pracach.
S.E. - To dość typowe. Na przykład kiedy miałem wystawę moich plakatów w Luksemburgu, tamtejszy historyk sztuki wyznał mi, że dobrze znał moje ilustracje od dawna, ale nie kojarzył ich z nazwiskiem. Potem na wernisażu tejże wystawy ujawniały się kolejne osoby z podobnymi doświadczeniami, aż zebrała się pokaźna grupa ich chcących poznać autora, tak że wystawa przerodziła się w mój wykład o konkretnych pracach.
J.Ż. - Inspiracje dla swoich dzieł czerpie Pan raczej z bieżących impresji czy ze wspomnień?
S.E. - Z obydwu. Mam już swoje lata, ale wciąż dużo podróżuję, życie przynosi wiele niespodzianek, a jestem bacznym obserwatorem, zbieram wrażenia i notuję je. To wszystko daje mi wiele do myślenia i przełożenia na sztukę. Na przykład po katastrofie smoleńskiej, o której poinformował mnie syn, gdy byłem w pracowni, namalowałem duży obraz z motywem pękniętej gwiazdy zawierającej też figurę samolotu, wystawiony potem w Litewskim Centrum Kultury przy Ambasadzie Litwy w Warszawie, a niedawno stworzyłem niewielki obiekt w drewnie o takiej samej treści. Moim zdaniem jest to naprawdę dobry materiał na pomnik, choć jeszcze żadna instytucja nie zwróciła się do mnie z takim zamówieniem. Z drugiej strony zaś na pewno mogę powiedzieć, że alfabetu czy fundamentów dla mojej twórczości należy szukać w moim dzieciństwie i domu rodzinnym - niedawno zrobiłem jego makietę, a planuję też stworzenie monodramu osnutego wokół niego. Weźmy takie porównanie: niedawno [między październikiem 2010 r. a majem 2011 r. - przyp. J.Ż.] chiński artysta Ai Weiwei wystawił w londyńskiej Tate Gallery instalację złożoną z mnóstwa rozsypanych ziaren. Mój ojciec taką "instalację" - niebędącą instalacją, a wynikającą z potrzeby codzienności po prostu - zrobił w jednym z pomieszczeń naszego domu już kilkadziesiąt lat temu. Właśnie tak życie inspiruje sztukę. To ma dużą nośność, wspaniałą poetykę i głęboki sens.
S.E. - Z obydwu. Mam już swoje lata, ale wciąż dużo podróżuję, życie przynosi wiele niespodzianek, a jestem bacznym obserwatorem, zbieram wrażenia i notuję je. To wszystko daje mi wiele do myślenia i przełożenia na sztukę. Na przykład po katastrofie smoleńskiej, o której poinformował mnie syn, gdy byłem w pracowni, namalowałem duży obraz z motywem pękniętej gwiazdy zawierającej też figurę samolotu, wystawiony potem w Litewskim Centrum Kultury przy Ambasadzie Litwy w Warszawie, a niedawno stworzyłem niewielki obiekt w drewnie o takiej samej treści. Moim zdaniem jest to naprawdę dobry materiał na pomnik, choć jeszcze żadna instytucja nie zwróciła się do mnie z takim zamówieniem. Z drugiej strony zaś na pewno mogę powiedzieć, że alfabetu czy fundamentów dla mojej twórczości należy szukać w moim dzieciństwie i domu rodzinnym - niedawno zrobiłem jego makietę, a planuję też stworzenie monodramu osnutego wokół niego. Weźmy takie porównanie: niedawno [między październikiem 2010 r. a majem 2011 r. - przyp. J.Ż.] chiński artysta Ai Weiwei wystawił w londyńskiej Tate Gallery instalację złożoną z mnóstwa rozsypanych ziaren. Mój ojciec taką "instalację" - niebędącą instalacją, a wynikającą z potrzeby codzienności po prostu - zrobił w jednym z pomieszczeń naszego domu już kilkadziesiąt lat temu. Właśnie tak życie inspiruje sztukę. To ma dużą nośność, wspaniałą poetykę i głęboki sens.
J.Ż. - Czym dla Pana jest Polska, a czym Litwa?
S.E. - Na te sprawy patrzę poprzez moją twórczość. Polska dała mi bagaż doświadczeń, możliwość szerokiego kontaktu ze światem i rozwinięcia się w dziedzinach, których być może nie tknąłbym gdzie indziej, jak np. plakat czy instalacje. Litwa z kolei to doświadczenia i wspomnienia z dzieciństwa, młodości i studiów, choć też, co równie ważne, bardzo silne, często przeciwstawne wrażenia i doznania - wielkie radości, ale i głęboki smutek. Od kiedy stale mieszkam w Polsce, tzn. od lat 80., na Litwę jeżdżę głównie na pogrzeby... W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że Litwę kojarzę z uczuciami, a Polskę z dokonaniami. I na odwrót. To nie matematyka. Emocje falują jak morze.
S.E. - Na te sprawy patrzę poprzez moją twórczość. Polska dała mi bagaż doświadczeń, możliwość szerokiego kontaktu ze światem i rozwinięcia się w dziedzinach, których być może nie tknąłbym gdzie indziej, jak np. plakat czy instalacje. Litwa z kolei to doświadczenia i wspomnienia z dzieciństwa, młodości i studiów, choć też, co równie ważne, bardzo silne, często przeciwstawne wrażenia i doznania - wielkie radości, ale i głęboki smutek. Od kiedy stale mieszkam w Polsce, tzn. od lat 80., na Litwę jeżdżę głównie na pogrzeby... W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że Litwę kojarzę z uczuciami, a Polskę z dokonaniami. I na odwrót. To nie matematyka. Emocje falują jak morze.
J.Ż. - Kiedy docierają do Pana informacje z Litwy - te o jej dokonaniach, typu obecnego przewodnictwa w Unii Europejskiej, czy problemach, jak silna emigracja, głównie na Zachód - jest Pan poruszony czy niezbyt zainteresowany?
S.E. - Oczywiście osiągnięcia Litwinów, czy to polityczne, czy sportowe (np. w koszykówce) lub artystyczne bardzo mnie cieszą. Będąc członkiem Unii, a już na pewno przewodnicząc jej Litwa, będąc przecież małym krajem, ma poszerzony wpływ na sytuację międzynarodową. Co do tamtejszej kiepskiej sytuacji społecznej, to dotyka mnie ona osobiście i bywa, że serce mi się kraje. Mieszka tam moja rodzina, która jeszcze do niedawna, zanim dzieci zaczęły nieźle zarabiać za granicą, co jakiś czas wstydliwie prosiła mnie o wsparcie materialne. Gdy prezydentem Litwy był Valdas Adamkus, dość często organizował spotkania z artystami. Na jednym z takich spotkań zagadnąłem żonę prezydenta, dlaczego tak to wygląda, że Litwa jest już państwem niepodległym, ale wciąż biednym, a zauważalnej poprawy brak, na co ona dyplomatycznie: "wie Pan, młody kraj, są problemy, musimy to przejść"… Tak, a skoro są możliwości wolnego przepływu ludzi, to nieskuteczni politycy tego nie zatrzymają, jak już wielokrotnie pokazała historia.
S.E. - Oczywiście osiągnięcia Litwinów, czy to polityczne, czy sportowe (np. w koszykówce) lub artystyczne bardzo mnie cieszą. Będąc członkiem Unii, a już na pewno przewodnicząc jej Litwa, będąc przecież małym krajem, ma poszerzony wpływ na sytuację międzynarodową. Co do tamtejszej kiepskiej sytuacji społecznej, to dotyka mnie ona osobiście i bywa, że serce mi się kraje. Mieszka tam moja rodzina, która jeszcze do niedawna, zanim dzieci zaczęły nieźle zarabiać za granicą, co jakiś czas wstydliwie prosiła mnie o wsparcie materialne. Gdy prezydentem Litwy był Valdas Adamkus, dość często organizował spotkania z artystami. Na jednym z takich spotkań zagadnąłem żonę prezydenta, dlaczego tak to wygląda, że Litwa jest już państwem niepodległym, ale wciąż biednym, a zauważalnej poprawy brak, na co ona dyplomatycznie: "wie Pan, młody kraj, są problemy, musimy to przejść"… Tak, a skoro są możliwości wolnego przepływu ludzi, to nieskuteczni politycy tego nie zatrzymają, jak już wielokrotnie pokazała historia.
J.Ż. - Czy i jak Pana zdaniem manifestuje Pan w swojej twórczości polskość lub litewskość?
S.E. - Odpowiem krótko, cytując, co tuż przed swoją śmiercią bardzo trafnie powiedział o mnie znany japoński artysta Iko Tanaka: "litewska ziemia i polski wiatr". Nasi krytycy sztuki czy dziennikarze miewają tendencję do wymyślania Bóg wie czego, a tu proszę, człowiek z tak daleka idealnie trafił w sedno.
S.E. - Odpowiem krótko, cytując, co tuż przed swoją śmiercią bardzo trafnie powiedział o mnie znany japoński artysta Iko Tanaka: "litewska ziemia i polski wiatr". Nasi krytycy sztuki czy dziennikarze miewają tendencję do wymyślania Bóg wie czego, a tu proszę, człowiek z tak daleka idealnie trafił w sedno.
