Kiedy byłam młodziutką zawodniczką bardzo dziwiłam się starszym koleżankom, które, moim zdaniem, przedwcześnie kończyły kariery sportowe. No bo jak to? Przecież mądre książki mówią, że około trzydziestki zaczyna się najlepszy czas dla długodystansowca.
REKLAMA
Pierwszym takim doświadczeniem było pożegnanie się z wyczynostwem mojej koleżanki z kadry i zarazem pierwszej zawodniczki, na której się wzorowałam - Doroty Kwaśny- Lejawy. Dori miała wtedy 29 lat, wiele planów na przyszłość i wielką chęć żyć normalnie.
Kompletnie tego nie rozumiałam.
Stosunkowo krótko trwały również kariery takich wspaniałych biegaczek jak Bente Skari, Kristiny Smigun, Virpi Kuitunem czy Petry Majdic. Przecież mogły trenować i wygrywać jeszcze wiele lat, biorąc przykład z Larysy Smietaniny i Hilge Petersen, które zdobywały swoje ostatnie medale olimpijskie mając grubo powyżej czterdziestki. Cóż, każda z nas - biegaczek - ma jednak inne priorytety.
Młodziutką zawodniczką już od dawna nie jestem. Narty dają mi wielką satysfakcję. Lubię trenować. Nigdy nie bałam się ciężkiej pracy i nawet zaakceptowałam swoje cygańskie życie. Dziś jednak z czystym sumieniem mogę napisać, że rozumiem wszystkie te "dezerterki".
Skąd takie myśli? Cóż, ciężko było wracać. Kolano spisuje się nad wyraz dobrze, jednak wydolnościowo zaczynam od zera. To coś nowego. Organizm był bardzo wyczerpany po siedmiotygodniowej kuracji antybiotykowej, zabiegach i wielu skrajnych emocjach. Brak ruchu w tak długim okresie też na pewno dołożył swoje.
Posmak normalnego życia. No i ta świadomość jak wielka harówka mnie czeka. Jak dużą presją to wszystko jest obarczone. Pytałam siebie z ironią : "Hej, mistrzyni, ty nie potrafisz???"
Potrafi, potrafi! Już wraca:)
Bez względu na to czy mi się to podoba czy nie.
