Często zabieram Was ( możemy w końcu przejść na "Ty"??) w podróż w przeszłość, albo relacjonuję teraźniejszość. Dziś chciałabym troszkę wybiec w przyszłość. Przede mną ostatni miesiąc względnego spokoju. Dobra, nie jestem na tyle naiwna, żeby myśleć, że na obozie w Zakopanem będzie niczym w Snow Farm, ale i tak się cieszę na wrzesień w kraju, że nikt i nic nie jest w stanie tej radości zakłócić:) Zresztą na żadne aktywności pozasportowe, ani sił ani, czasu nie będzie.
REKLAMA
A później?? Później najbardziej nielubiany przeze mnie październik. Ech...Albo niech nie nadchodzi, albo niech szybko minie.
No bo tak.. Roboty będzie od groma. I rozruchy pełnowymiarowe i codzienne treningi wytrzymałościowe na nartkach (trzeba długo dojeżdżać) i popołudniowa masakra zazwyczaj podobnie obciążająca jak start na 30km. Jedyną nadzieją na odrobinę oddechu będzie siłownia, co jakiś czas wieczorem - zawsze można gdzieś przysiąść:) Nic nowego - prace lubię, ale w październiku zaczyna się SZOPKA!
W tym czasie zdecydowana większość biegaczy trenuje na lodowcach w Maso Corto (Włosi, Norwedzy, Szwajcarzy) i w Ramsau (cała reszta). My bywamy i tu, i tu.Tym razem ponad trzy tygodnie w Austrii. Wszyscy w dwóch nie bardzo oddalonych od siebie miejscach? Warunki dla świata mediów wręcz idealne. A że o czymś trzeba pisać - przecież prawie nikogo zwykła, codzienna, siedmiogodzinna harówa nie interesuje, zaczyna się szukanie sensacji. Ultralekkie kijki, samobiegające siedmiomilowe buty, przechwalanki i inne fantazje treningowo-sprzętowe.
Jeśli uprawia się dyscyplinę , która w niektórych krajach jest sprawą życia lub śmierci. Jeśli utrzymuje się w tej dyscyplinie na absolutnym topie od paru dobrych sezonów i jeśli jest się na dodatek jedynym niesformatowanym i nierozsądnym medialnie zawodnikiem z czołówki, to ma się przekichane:)
Już teraz mamy drobny przedsmak..Czytaliście, że medale na trzydziestkę na Mistrzostwach Świata już w Norwegii rozdali? Że wiemy już kto wygra Tour? Kurcze, czuję się niezwykle zaszczycona, że załapałam się na podium:)
Nie zwykłam jednak wróżyć z fusów, nie zwykłam odpowiadać na różne prowokacje i moją jedyną październikową odpowiedzią (dla zagranicznych mediów) na nie jest: Do zobaczenia w mixzonie (strefa dla dziennikarzy na pucharach świata , przez którą każdy zawodnik musi przejść po skończonym biegu) w Galivare. A że zazwyczaj tam nie błyszcze więc i komentarz zbyt długi nie będzie:)
Październik to też czas wielkiego czajenia, oceniania, zaklinania. Wszyscy, wszystkich lustrują. Rozmiary tyłków stają się w tym czasie tematem bardzo gorącym:) Paranoja jakaś. A dla mnie to miesiąc najgrubszy, najmniej błyskotliwy, najcięższy, najbardziej męczący. Zamiast pożądanej na Alpe Cermis xski , pełna eseczka:) Zamiast rekordów życiowych żmudna walka o każdy szybszy krok. Zamiast hurraoptymizmu ciężki przerywany sen, który przed piątą rano musi się skończyć. To oczywiście efekt zamierzony. Balansowanie na granicy przetrenowania. Nawarstwione zmęczenie z poprzednich miesięcy, oczekiwanie na starty.Odliczanie każdego dnia do zimy. To taki przednówek, już zapasy energii się kończą, a na owoce trzeba jeszcze poczekać. OK, owoce na początku są ciut gorzkie, niedojrzałe, czasem nawet przygniłe, ale z upływem zimy stają się coraz słodsze i smaczniejsze:) I oby schemat się i w tym sezonie powtórzył!
A na koniec króciutkie lodowcowe wspomnienie ...
Październik 2009 rok (przed IO w Vancouver). Zamyślony Trener stoi w najwyższym punkcie trasy. Zatrzymuję się koło niego. Widzimy całą dziesięciokilometrową pętle, na której biegają setki albo i ponad tysiąc biegaczy (słaba zawsze w szacowaniu byłam). Trasa upchana jak schody w moskiewskim metrze w godzinach szczytu. I nagle Trener mówi: "Justysiu , wiesz , że z nimi wszystkimi trzeba będzie wygrać?".
Nie Trenerze, facetom odpuścimy:)! Wiedziałam, wierzyłam, byłam wręcz pewna ,że damy radę - jak nigdy wcześniej i nigdy potem.
Nie Trenerze, facetom odpuścimy:)! Wiedziałam, wierzyłam, byłam wręcz pewna ,że damy radę - jak nigdy wcześniej i nigdy potem.
Ciekawe co przyniesie październik 2012???
