Jedni mówią, że to zabawa w policjantów i złodziei. Inni twierdzą, że laboratoria antydopingowe będą zawsze o krok za laboratoriami dopingowymi. Ja wiem, że testy pomogły mi podwójnie. Jestem pewna, że gdyby parę dobrych lat temu nie wzięto się mocno za biegi narciarskie, teraz nie miałabym szans konkurować z cyborgami.

REKLAMA
No i ważniejsze - gdyby nie pozwytywny wynik badania z 23.01.2005, pewnie nie zawzięłabym się aż tak i nie postanowiła zaharować, żeby udowodnić wszystkim, że ta cała sprawa to jakiś masakryczny zbieg okoliczności. Nie ma tego złego..
Dziś chciałabym Wam poopowiadać, na czym polega to całe babranie się w siuśkach i jak ono wygląda.
O każdej porze dnia i nocy z wyłączeniem godzin 23-5, do drzwi sportowca mogą zapukać kontrolerzy. Wiedzą, gdzie pukać, bo większość topowych sportowców jest objęta systemem ADAMS, w którym musi informować, gdzie będzie każdego dnia i o każdej godzinie (niepodporządkowanie się to dyskwalifikacja). Upierdliwe to, ale można się przyzwyczaić;)
Więc pukają ci kontrolerzy, a my bez wzgędu na to, co robimy, musimy grzecznie z dowodem tożsamości poddać się procedurom. Na początek wypełnia się dużo papierków. Zazwyczaj państwo trafiają na moment, kiedy się właśnie z toalety wróciło, więc najlepiej od razu wypić ze dwa litry wody, kawy czy czego tam jeszcze:) No chyba, że ma się czas i ochotę czekać parę godzin.
Jeśli badanie obejmuje również krew (w 90%), to zazwyczaj od tego się zaczyna. Pierwsze kilka pytań: czy była transfuzja? Czy była duża utrata krwi? Czy przebywało się w ostatnich dwóch tygodniach w terenach położonych powyżej tysiąca m.n.p.m.? Czy używa się namiotów hiperbarycznych? Jaka jest temperatura w pokoju? Itd..
Pobierają cztery pięciomilimetrowe fiolki. Wszystko jest szczelnie opakowane, opieczętowane jednym numerem. Zamykane tak, że dopiero w odpowiednim laboratorium można otworzyć.
Kolej na mocz. Zaczyna się robić śmiesznie;) Na formularzu wypisuje sie wszystkie leki i odżywki, ktore w ostatnim tygodniu przyjęto. Potem wybiera się odpowiednio zapakowany kubeczek plastikowy i idzie do toalety z kontrolerem swojej płci. Myje się dłonie bez mydła, odpakowuje kubeczek, ściąga bieliznę, spodnie czy cokolwiek się tam ma do kolan. Koszulkę i inne rzeczy z górnych partii ciała podciąga na wysokość piersi, podwija rekawy do łokci. Tak oto kontroler ma pełen ogląd....no i trzeba oddac mocz. Najmniej 90 mililitrow.
Na IO w Vancouver były dodatkowo wszędzie lustra. Po co to wszystko? Zdarzały się już takie historie, że zarówno kobiety jak i meżczyzni mieli wprowadzony do układu moczowego jakiś pojemniczek z niezanieszyszczonym moczem... Szczerze, to nie potrafię sobie wyobrazić szczegółów technicznych takiej akcji.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zatyka się kubeczek. Można wrocić do pokoju. Potem wybiera sie tekturowe puzdrełko, w którym sa dwa specjalne, szklane pojemniczki z zatrzaskowymi pokrywkami i jednakowaymi numerami. Sławne już: próbka A i próbka B. Do nich nalewa sie mocz. Szczelnie zamyka. Zapakowywuje. Kontroler sprawdza jeszcze na specjalnej "lunetce" gęstość moczu. Jeśli wszytko gra, numery przenosi się na formularze i ..gotowe. Kontrolerzy jada z tymi próbkami do certyfikowanego laboratorium i tam zostają poddane badaniu. Moje siuśki zazwyczaj lądują w Niemczech. Przebadanie samego moczu kosztuje ponad 200 euro, ale kontoler musi jeszcze do takiej np. Kasiny się z Niemiec dostać. Samolot, potem wynajem auta, hotel, dieta itd.. Droga impreza. W czasie startów cała sytuacja wygląda podobnie, z tą małą różnicą, że kontroler dopada sportowca bezpośrednio po finiszu i chodzi za nim, dopóki się razem nie zjawią (nie dalej jak w ciągu godziny) w odpowiednio do kontroli przeznaczonych pomieszczeniach.
Z własnej perspektywy, czyli najczęściej kontolowanego polskiego sportowca (ponad 50 testów w ciągu roku), mogę śmiało stwierdzić, że wygląda to wszystko wiarygodnie i szczelnie. WADA, czyli światowa organizacja walcząca z dopingiem, rokrocznie ma zwiększany budżet sięgający wielu dziesiątek milionów dolarów. Tak - myślę, że to działa.
Jest tylko jedna rzecz z którą się nie zgodzę - TUE!
TUE to zezwolenia na długoterminowe stosowanie środków z zakazanej listy. Żeby takie zezwolenie otrzymać, trzeba przedstawić w miarę wiarygodną historię choroby, np. przerostu jąder, astmy czy ADHD. Wtedy komisja medyczna międzynarodowej federacji (w moim przypadku FIS) rozpatrza to i... Ciąg dalszy już wszyscy znamy. To taka uchylona furtka, z której z upływem czasu zrobiły się właściwie bardzo szeroko rozwarte wrota.
Radykalnie to pewnie zabrzmi, ale moim zdaniem, talent to między innymi zdrowie. Jeśli się go nie ma, to można uprawiać sport w innej formie: rekreacyjnej, turystycznej bądź rehabilitacyjnej. Nie od razu trzeba pchać się w wyczynostwo.
Osoba z trzęsącymi rękoma chirurgiem nigdy nie będzie. Ja profesorem fizyki kwantowej również nie zostanę, bo za głupia jestem:) A WYCZYNOWY biegacz narciarski powinien mieć zdrowe oskrzela i płuca. Proste.