Od dwóch, może trzech dni siedzi mi w głowie, że wypadałoby następny wpis wrzucić. Pojawia się pomysł, całkiem fajny tytuł i parę niezłych zdań, a potem ściana. Gruba i betonowa! W sumie to nie wiem dlaczego, bo 90 procent poprzednich pisałam jednym tchem. Więc miało być o tym, jak robi się reklamę. Albo o takim skojarzeniu, że kształowanie sportowca, to jak rzeźbienie wielkich kamiennych posągów przez Michała Anioła. Albo kilka słów o Armstrongu. Albo o Maniu Michałku, który niedawno otrzymał dwa lata za przekroczenie dawki leków asmatycznych, które nic przecież nie dają..... Swoją drogą- trzymaj się Mariusz! Może kiedyś je dokończę, dziś będzie o jedzonku:)
Smaki biegaczki
REKLAMA
Jest sobotnie popołudnie. Cały dzień wolny. Hurrra! Ugotowałam michę makaronu na słodko, zjadłam, że aż się uszy trzęsły i pomyślałam, że...nieźle mi się w głowie poprzewracało;)
Ale od początku. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadają mi swieżo poznane osoby, to pytanie o dietę. Po pierwsze w bezpośrednim kontakcie jestem zdecydowanie mniejsza niż w tym telewizyjnym, a po drugie ludzi ciekawi, czy rzeczywiście to wszystko jest tak na tip top. Gram do grama itd. Więc odpowiadam - nie. Nie w moim przypadku:) Jeśli bardzo ciężko pracuję (czyli praktycznie między początkiem maja, a końcem pażdziernika) nie odmawiam sobie niczego, na co mam ochotę, a że hedonistką pozatreningową jestem, więc ochot nie brakuje.
Pytają też o współpracę z dietetykiem. Zawsze odpowiadam (zresztą dotyczy to również psychologa), że jeśli byłyby nadmiar pieniędzy, to ja z przyjemnością zatrudnię... jeszcze jednego serwismena! Oni i Trener są moimi psychologami, bo jak widzę, że się starają, że pracują dla mnie z takim oddaniem, że moje nartki będą jechać szybko, to żadnych technik motywacyjnych nie potrzebuję:) A co do dietetyka - skończyłam wyższą uczelnię sportową, z czytaniem i liczeniem problemów nie mam, znam swój organizm aż nadto, więc co, ile i kiedy do buzi mogę włożyć, potrafię ocenić sama ;)
Zresztą uważam, że na pierwszym miejscu zawsze powinno być zdrowie i to żeby organizm tak bardzo obciążony, funkcjonował jak u normalnej kobiety. Żebym nigdy nie musiała żałować ani jednego dnia spędzonego na treningu. Stąd bardzo zaniepokoiły mnie wieści z obozu polskich biegaczek. Nie odchudzajcie się do granic, cena jest zbyt wysoka! Nie warto!
Ale wróćmy do grzechów własnych:) Nie cierpię makaronów. Czyli podstawowego produktu spożywczego wytrzymałościowców. Nie, bo nie. Bo żeby nie poszedł bezpośrednio w tyłek, to musi być okraszony tylko kilkoma kropami oliwy i jakimś zielskiem - a to mi nijak zasmakować nie może. Za to całkiem smaczne bywają te z ciężkimi sosami, tylko że ISC produkuje na sezon strój startowy w rozmairze XS (z wydłużnymi rekawami i nogawkami), więc sami wiecie, lepiej nie lubić:)
Dzień zaczyna się michą kaszy owsianej z dżemem i mlekiem. Potem po treningu batony energetyczne (i wszystko inne co się w zasięgu wzroku i ręki pojawi). Na obiad jakieś lekkie mięso, ziemniaki gotowane, sałatka i… paczka ciastek. Po przebudzeniu przed treningiem porządna kanapka, bądz znów batony, albo wafelki ryżowe w czekoladzie. Na kolację już słuszna porcja mięsa (jakiś stek) lub ryby, sałatka, w której jest wszystko, czasem zupa, a na dopchanie kanapki z żółtym serem i dżemem. I to powinien być koniec, jednak około 21 (jeśli jeszcze nie śpię) silna wola idzie sobie na spacer i otwarta zostaje ulubiona czekolada (nie zwykłam zostawiać choćby kawałeczka na dzień następny).
Jeśli jest dodatkowo zmiana czasu, jak w Nowej Zelandii, czy na Kamczatce, to budzę się z zawrotami głowy o drugiej w nocy i wtedy ratują czekoladowe ciastka. Z grzechów wytrzymałościowca to jeszcze nie lubię bananów, przepadam za śmietaną, unikam ryżu, owoce morza (na siłę) czasem próbuję. Aaa, i jeszcze uwielbiam andrut przekładany karmelem, którego Mama robi dla mnie tony:) Na szczęście fast foody bardzo rzadko i to tylko frytki. Schabowe, panierki, devolaje, kiełbasy itd. też na nie.
Chyba nie mam odpowiedniego bukietu enzymów do trawienia tego typu rzeczy, bo od dzieciństawa nie lubię i słabo się po nich czuję. Za to bukiet czekoladowy mam mistrzowski:) Pizza też mi świetnie wchodzi. Kiedyś, jak jeszcze młodziutka byłam, założyłam się z chłopakami w Raubiczach na Białorusi, że zjem cztery naraz (tam mają najpyszniejszą jaką jadłam) i oczywiście wygrałam i jeszcze dwie godziny póżniej dołożyłam dwoma wygranymi czekoladami. Możliwości mojego układu pokarmowego są nieodgadnione:)
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że kiedy tylko biorę się w garść, to bardzo szybko chudnę. Co niczym dziwnym przy takiej robocie (zapotrzebowanie około 5-6 tysięcy kcal na dobę) i przemianie materii nie jest. Na główną imprezę sezonu osiągam około 6-8 procent procent tkanki tłuszczowej (na bardzo krótko). Normalnie mam miedzy 12 a 16 proc. Dla lepszego zoobrazowania dodam, że do normalnego funkcjonowania kobiecy organizm potrzebuje, by było jej minimum 12 proc. Szczupło wyglądająca kobieta, nieuprawiająca wyczynowo sportu, ma ok. 20 proc., a normalna - zdrowa ponad 30. Tkanka mięśnowa to inna bajka. W biegach narciarskich, gdzie pierwiastek siły, również tej maksymalnej, jest bardzo ważny, z mięśniami walczyć nie należy. Przynajmniej ja nie muszę.
Taka już moja filozofia. Nie lubię witamin, odżywek i tego typu cudactw. Wszystko co potrzebne staram się dostarczać naturalnie. Na treningach jestem ascetką. Mogę pracować w każdych warunkach, każdą chorobę i kontuzję do tej pory zatrenowałam. Nie boję się bólu, zmęczenia, pogody, wyzwań, ale później muszę się najeśś. Po prostu, po chłopsku:)
Nie bierzcie przykładu!!
