O autorze
Justyna Mleczak (1993), studentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stawia pierwsze kroki w reporterskim rzemiośle. Zafascynowana potęgą Słów, należy do zanikającego gatunku osób, ceniących tradycyjne listy nad e-maile. Łączy zainteresowania filologiczno-literaturoznawcze z historycznymi. Obieżyświat, który na świat stara się patrzeć przez krzywe zwierciadło. W wolnych chwilach poetyzuje, uprawia siatkówkę, turystykę aktywną, biega; goniąc za sobą samą, zawsze w niedoczasie. Zwyciężczyni konkursu dziennikarskiego „O tym nie czytaliście” Gazety Wyborczej (2012).

Harnaś z rodowodem

Od połowy listopada we wszystkich poznańskich centrach handlowych (a jest się gdzie wystawiać, oj jest!) pojawiają się rotacyjnie stoiska ze zmiennymi szyldami. Początkowo nieśmiało, od pierwszej niedzieli adwentu jednak już bez skrępowania sprzedawcy przetykają koszyki z wystawianymi produktami srebrnymi i złotymi łańcuchami, bombkami i skarłowaciałymi drzewkami świątecznymi.



Feeria barw i bogactwo aromatów uwodzi wszystkie zmysły, rzadko kiedy więc opieram się pokusie rzucenia okiem na wystawy jarmarków „świątecznych”, bo o nich właśnie mowa.
Skąd wymowny cudzysłów w końcówce poprzedniego akapitu? Być może, gdy symbolem zbliżających się świąt Bożego Narodzenia od wielu już lat jest przemierzająca świat ciężarówka z brodatym staruszkiem popijającym słynny gazowany napój, nie powinny dziwić mnie mijane stoiska. Lecz mimo wszystko nie potrafię wyobrazić sobie nawet najdoskonalszych oliwek obok sosu grzybowego, a sprofanowania wytwornie pakowanych serów pleśniowych towarzystwem poczciwego śledzia w śmietanie nie wybaczyłby mi pewnie żaden fan kuchni francuskiej.
(Chociaż kto wie, może śledź marki Lisner podołałby wyzwaniu?...)
Nie oliwki i nie szlachetna pleśń sprowokowały mnie do przemyśleń, a doskonale Polakom znany specjał, regionalny produkt, którego nazwa chroniona jest przez szereg kruczków unijnych. Zaczęło się niepozornie. W miejscu bowiem, gdzie jeszcze w sobotę przystrojony w czerwienie brodacz wysłuchiwał dziecięcych życzeń, tubalnym „Hejże lubo, pódź tu!” w ziemię wbił mnie Harnaś.
Udatna kopia Marka Perepeczko w wersji zbójnickiej zachęca rubasznym śmiechem płeć piękną, a towarzyszących jej panów ponagla ciupagą, do posmakowania „autentycznych”, „zastrzeżonych”, „prosto z Podhala” oscypków.
Grillowanych. Z żurawinką.



Kiedy biedne cepry zajmują się żuciem, Harnaś klepie się z zadowoleniem po portkach, wyrzucając z siebie słowa z godną podziwu prędkością. Narzecze górskich ludzi okrasza profesjonalną terminologią unijną, nie przeszkadza to jednak, jak się wydaje, potencjalnym nabywcom „łoszczypków wędzonych w bacówce w Kościeliskiej, hej”. Nie zwracają uwagi nawet, kiedy gwarę podhalańską ubarwia wtrąceniami ze Śląska.
Obieżyświat, jak na zbója przystało!
Wykorzystując chwilę, gdy z iście góralską fantazją i krasomówczym zacięciem Harnaś przedstawia skomplikowany proces produkcji poszczególnych serków, wplatając w główny wątek historię rodziny („dziadek z Witkacym herbatkę z prądem pił!”), rzucam okiem za ladę. Nie dość, że obieżyświat, to jeszcze całkiem nowoczesny ten poczciwy zbój. Zdobione nogawki portek wpuszczone zostały w kierpce trzeciego tysiąclecia – modne wśród turystów udających się nad Morskie Oko trampki z podwójną podeszwą. Gdy drapie się pod kłobukiem z piórkiem, wytężam wzrok, wypatrując metki z pozdrowieniami z Krupówek; niestety, nie dostępuję tej satysfakcji.
Mylnie interpretując moje mało dyskretne zapuszczanie żurawia za słoikami z żurawiną, prezentuje stylizowany na średniowieczny dokument certyfikat. Papier ten, jak tłumaczy z dumą, udowadnia niedowiarkom, że do czynienia mają z góralem z dziada pradziada.
Góral z rodowodem! Podobnymi wymachiwali przed nosem turystów handlarze owczarkami podhalańskimi pod Gubałówką!
Wodzę nieufnym wzrokiem od papierka do wystawionych serów. Harnaś, który chyba za punkt honoru obrał sobie sprzedanie mi choć ułomka oscypka, prezentuje mi chyba wszystko, co ze sobą przywiózł: serki owcze, kozie, krowie, wrzecionowate, gołki, małe, wędzone i nie, mieszane, słone, mało słone i przesolone...
Swoją drogą, ciekawe, czy do Poznania przyjechał fasiągiem, czy zakopiankę pokonał bardziej zmodernizowanym środkiem lokomocji. Albo może skorzystał z usług PKP? Gdyby podróżował z kartonami woniejących serów, nie musiałby się przejmować brakiem miejscówki w trakcie dziesięciogodzinnej podróży.
Parę lat temu, gdy nad Bałtykiem zza każdego rogu zamiast gofrów natykałam się na „oscypki z grilla”, ukułam wraz z bratem spiskową teorię. Głosi ona, że wędzony ser, chroniony wszak przez prawo unijne, dociera nad polskie morze prosto z Podhala za pośrednictwem poczciwej Wisły.
Gdzie stojący przede mną Harnaś musiałby wrzucić swój towar, żeby odebrać go pod jednym z poznańskich mostów?


Ostatecznie daję się namówić na bundz. Unijny czy nie unijny, do pyrów każdy gzik się nada. Po powrocie do mieszkania dowiaduję się, że tym samym wzięłam czynny udział w świętowaniu Międzynarodowego Dnia Terenów Górskich. Z tego tytułu, w ramach międzyregionalnej akcji oświatowej, planuję już wycieczkę do Zakopanego z własnym stoiskiem.
Ser smażony. Z kminkiem. W stroju bamberskim.
Jak będzie trzeba, to i z gwary poznańskiej się podciągnę, tej.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
WARTO WIEDZIEĆ 0 0Gliński weźmie artystów za twarz, jak w PRL? Prawda może was zaskoczyć
WYBORY 2019 0 0"Wyborcza": opozycja ma szansę odsunąć PiS od władzy. Jest nowy sondaż