
Pozycja z opozycją na zmianę zarzucają sobie wynalezienie narracji o Polsce w zgliszczach. Opinia publiczna albo podtrzymuje zatrważającą wizję zgruzowanej ojczyzny, albo wkłada ją między bajki i satyry, podpisując mniej lub bardziej krasickim komentarzem. Tymczasem etykietka „Polska w ruinie” nie musi kojarzyć się źle. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że przynajmniej część wtajemniczonych poznaniaków bardzo by chciała, by Polska rzeczywiście wyglądała jak w Ruinie.
REKLAMA
Na II roku studiów miałam okazję spędzić parę miesięcy w zachwycającej Pradze. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, jednak subtelnie roztaczające swój czar miasto po upływie semestru zauroczyło mnie całkowicie. Godzinami błądziłam po uliczkach, których istnieniem przetaczające się przez miasto masy turystów nie były kompletnie zainteresowane. Wsiadałam w tramwaj, nie znając numeru linii, i zataczałam pętlę, nie raz kończąc na przystanku, którego nie obejmowały kieszonkowe mapy ani przewodniki. Tam znajdowałam kawiarnie, w której może nie bywali Hrabal czy Kafka, znajdowali się natomiast niepozorni erudyci, wyżej wymienionych znający na wylot. Nad potężnymi kuflami piwa, z pożółkłymi od tytoniu palcami, z równą powagą dyskutowali o samotności przemijania, jak i problemach gastrycznych, do tej samotności się przyczyniających. Opuszczone budynki kryły zawieszone w czasie muzea. W nich porzucone rzeźby i obrazy w milczeniu kontemplowały własny los, pod opieką posiwiałego kustosza, który na dźwięk otwierających się ze skrzypieniem drzwi akompaniował wizycie na niedostrojonym pianinie.
Każdego dnia zanurzałam się w magii miejsca, próbując wyciągnąć jak najwięcej dla siebie z ograniczonego wszak okresu. Świadomość zbliżającej się konieczności opuszczenia fantazji popychała mnie coraz dalej. Doszło do tego, że rodowici prażanie prosili mnie o snucie opowieści z prywatnych wypraw zaułkami ich miasta, jak gdybym mówiła o egzotycznym krańcu świata.
Gdy wreszcie wróciłam do poznańskiej Alma Mater, przygotowana byłam na słynną wśród studentów po wymianach zagranicznych chorobę. Irytowały mnie wysypujące się z koszy śmieci, zawodząca komunikacja miejska, prostaccy piwosze ze smutnym wyrazem twarzy. Złapał mnie przed-erasmusowy tryb: codziennie ten sam tramwaj, uczelnia, biblioteka, oszczędzanie gardła i karku poprzez wbijanie wzroku w czubki butów i zaciskanie warg. Aż któregoś dnia poznana w Pradze koleżanka wysłała mi amatorski film studenckiej organizacji, opiekującej się żakami z zagranicy. Kilkuminutowe dziełko zachęcało do wizyty w Poznaniu.
Nagle zdałam sobie sprawę, jak wielu linii tramwajowych jeszcze nie znam, tkwiąc codziennie w tym samym, zatłoczonym numerze. Nagle okazało się, że markotni starsi panowie potrafią nie tylko odpowiedzieć uśmiechem na przyjazne zagajenie, ale też stanowią lekturę wielokroć ciekawszą od najgrubszego woluminu w bibliotece uniwersyteckiej. Nagle, zamiast jedynie narzekać na handlowe molochy, przyczyniłam się do polepszenia statystyk odwiedzin w galeriach sztuki i muzeach.
Dzięki spóźnionym tramwajom decydowałam się na wędrówki, w trakcie których odkrywałam maleńką piekarnię z przedwojennymi tradycjami i poetycką kamienicę z mozaikami na ścianach. Rozsznurowałam usta, przysłuchując się strzępkom i cieniom słów, wypowiedzianych kiedyś i wypowiadanych w danym momencie przez milczących bohaterów zapomnianych ulic. Wreszcie – zamiast z obrzydzeniem zadzierać głowę przy przepełnionych śmietnikach, podejmowałam trop ich użytkowników. Często były to fałszywe ślady, ale niekiedy zza rogu wychylał się przewodnik, wprowadzający mnie do innego świata.
Tak trafiłam na Śródkę, najstarszą część Poznania, zapomnianą zarówno przez przyjezdnych, jak i samych mieszkańców. Kiedy przed kilku laty rozpoczęłam w stolicy Wielkopolski studia, wynajęłam w pobliżu mieszkanie. Opinie o okolicy nie były zachęcające – biedna, brudna, niebezpieczna.
W centrum tego rzekomego chaosu pewnego dnia pojawiła się knajpka: Cafe La Ruina. Kto raz przekroczy jej progi, wróci niezawodnie, przyprowadzając kolejnego szczęśliwca. Lokal jest jakby trójwymiarowym albumem z podróży jego właścicieli, połączonym z przekonaniem, że pierwszy rzut oka może okazać się mylący. Zwłaszcza, gdy nie towarzyszy mu proporcjonalnie szeroki uśmiech.
Takich Ruin znajdują się dziesiątki w Poznaniu, w Wielkopolsce, na terenie całego kraju. To żywe muzea, bardziej interaktywne niż warszawski Kopernik. Eksponatami tam są ludzie, inspirujący pasjonaci, których mijacie każdego dnia w drodze do pracy i na uczelnię. Czasem trzeba tylko podnieść wzrok i rozkleić usta.
Niech sobie więc będzie Polska w Ruinie.
Każdego dnia zanurzałam się w magii miejsca, próbując wyciągnąć jak najwięcej dla siebie z ograniczonego wszak okresu. Świadomość zbliżającej się konieczności opuszczenia fantazji popychała mnie coraz dalej. Doszło do tego, że rodowici prażanie prosili mnie o snucie opowieści z prywatnych wypraw zaułkami ich miasta, jak gdybym mówiła o egzotycznym krańcu świata.
Gdy wreszcie wróciłam do poznańskiej Alma Mater, przygotowana byłam na słynną wśród studentów po wymianach zagranicznych chorobę. Irytowały mnie wysypujące się z koszy śmieci, zawodząca komunikacja miejska, prostaccy piwosze ze smutnym wyrazem twarzy. Złapał mnie przed-erasmusowy tryb: codziennie ten sam tramwaj, uczelnia, biblioteka, oszczędzanie gardła i karku poprzez wbijanie wzroku w czubki butów i zaciskanie warg. Aż któregoś dnia poznana w Pradze koleżanka wysłała mi amatorski film studenckiej organizacji, opiekującej się żakami z zagranicy. Kilkuminutowe dziełko zachęcało do wizyty w Poznaniu.
Nagle zdałam sobie sprawę, jak wielu linii tramwajowych jeszcze nie znam, tkwiąc codziennie w tym samym, zatłoczonym numerze. Nagle okazało się, że markotni starsi panowie potrafią nie tylko odpowiedzieć uśmiechem na przyjazne zagajenie, ale też stanowią lekturę wielokroć ciekawszą od najgrubszego woluminu w bibliotece uniwersyteckiej. Nagle, zamiast jedynie narzekać na handlowe molochy, przyczyniłam się do polepszenia statystyk odwiedzin w galeriach sztuki i muzeach.
Dzięki spóźnionym tramwajom decydowałam się na wędrówki, w trakcie których odkrywałam maleńką piekarnię z przedwojennymi tradycjami i poetycką kamienicę z mozaikami na ścianach. Rozsznurowałam usta, przysłuchując się strzępkom i cieniom słów, wypowiedzianych kiedyś i wypowiadanych w danym momencie przez milczących bohaterów zapomnianych ulic. Wreszcie – zamiast z obrzydzeniem zadzierać głowę przy przepełnionych śmietnikach, podejmowałam trop ich użytkowników. Często były to fałszywe ślady, ale niekiedy zza rogu wychylał się przewodnik, wprowadzający mnie do innego świata.
Tak trafiłam na Śródkę, najstarszą część Poznania, zapomnianą zarówno przez przyjezdnych, jak i samych mieszkańców. Kiedy przed kilku laty rozpoczęłam w stolicy Wielkopolski studia, wynajęłam w pobliżu mieszkanie. Opinie o okolicy nie były zachęcające – biedna, brudna, niebezpieczna.
W centrum tego rzekomego chaosu pewnego dnia pojawiła się knajpka: Cafe La Ruina. Kto raz przekroczy jej progi, wróci niezawodnie, przyprowadzając kolejnego szczęśliwca. Lokal jest jakby trójwymiarowym albumem z podróży jego właścicieli, połączonym z przekonaniem, że pierwszy rzut oka może okazać się mylący. Zwłaszcza, gdy nie towarzyszy mu proporcjonalnie szeroki uśmiech.
Takich Ruin znajdują się dziesiątki w Poznaniu, w Wielkopolsce, na terenie całego kraju. To żywe muzea, bardziej interaktywne niż warszawski Kopernik. Eksponatami tam są ludzie, inspirujący pasjonaci, których mijacie każdego dnia w drodze do pracy i na uczelnię. Czasem trzeba tylko podnieść wzrok i rozkleić usta.
Niech sobie więc będzie Polska w Ruinie.
