„Czy to prawda, że przez Polskę także przeszła fala umarlaków?”

REKLAMA
Takie właśnie pytanie przywitało mnie w Zaduszki przed rokiem, kiedy sprawdzałam skrzynkę mailową. To Barbora, rokrocznie uczestnicząca w tradycyjnym pochodzie praskich stworów i duchów, dowiedziała się o inicjatywie polskiego Kościoła. W ramach zwalczania szatańskiego Halloween wiele parafii zaproponowało wiernym, by przebierali się za świętych. Barborze bardzo spodobał się pomysł; po krótkiej wymianie wiadomości stwierdziła, że w przyszłym roku w Pradze wystąpi jako święta Łucja lub święty Ursus.
„Nie mogę się zdecydować, czy iść z głową pod pachą, czy z oczami na tacy.”
Niejeden raz na spotkaniach w multietnicznym gronie czułam się egzotyczniejszą atrakcją od rówieśników z Tajlandii, Turcji czy Iranu. Dwudziestoletnich braci Słowian fascynował bardziej fakt, iż w XXI wieku można wierzyć, że mężczyzna w koloratce jest w stanie doprowadzić do odpuszczenia naszych grzechów, od obchodów ramadanu i chodzenia w czadorze.
Podczas zwiedzania kaplicy czaszek w Kutnej Horze, obiektu w znacznej części skonstruowanego ze szczątków ofiar epidemii dżumy, wojen husyckich i wojny trzydziestoletniej, czeska przewodniczka przyznała, że miejsce cieszy się popularnością wśród turystów z Polski. Niedawno, po pilotowaniu wycieczki z Wrocławia i rozmowach z uczestnikami, wpadła na pomysł oferty specjalnie dla biur polskich.
Oferta miałaby prowadzić szlakiem praskich cmentarzy.
- Zauważyłam, że nieboszczyk w miejscu swojego spoczynku, choćby symbolicznym, bywa bardziej interesujący! - pani Jana śmieje się. - Dużo łatwiej opowiada się o Kafce czy Němcovej nad ich grobami niż pod pamiątkową tabliczką.
Kiedy trafiłam na informację, że przy okazji Wszystkich Świętych zabytkowy cmentarz małostrański, założony w 1680 roku, zostanie udostępniony zwiedzającym, nie wahałam się długo. Zamknięty cmentarz w dzielnicy Smíchov jest nie tylko miejscem spoczynku wielu istotnych dla historii Czech i samej Pragi osobistości (František Pelcl, Eduard Novotný) , lecz także niezwykłym zabytkiem historycznym. To tu zobaczyć można pierwsze czeskie epitafium, pochodzące z roku 1795, na nagrobku Doroty Hámovej. Piękne, barokowe nagrobki zainspirowały Jana Nerudę do napisania Cmentarnych kwiatów. Sam cmentarz otoczony jest troskliwą opieką Stowarzyszenia Ratowania Cmentarza Małostrańskiego. Dwie jego przedstawicielki witają mnie szerokim uśmiechem, gdy przed południem, w „Dušičky“, nieśmiało wkraczam na teren niepozornego cmentarza. Otrzymuję mapkę z krótką historią obiektu i zaznaczonymi miejscami pochówku ważniejszych osób. Krążę między popękanymi grobami, przyglądając się zniszczonym herbom i uważając, by nie skręcić kostki na gruzach, czających się pod warstwą śniegu.
Ci, którzy cześć chcieliby oddać czeskiemu Panteonowi na jego Olimpie, powinni udać się na wzgórze wyszechradzkie, gdzie Libuša strzeże spokoju najwybitniejszych Czechów. Spoczywają tu Bedřich Smetana i Antonín Dvořák, Alfons Mucha, Karel Čapek, Jan Neruda, Karel Hynek Mácha i wielu, wielu innych...
Legendarna siedziba władcy Kroka, mimo rozciągającej się zeń pięknej panoramy, nie nosi śladów zainteresowania turystów. Choć wstęp na zamek po prawej stronie Wełtawy jest bezpłatny, a wnętrze bazyliki św. Piotra i Pawła zachwyci nie tylko wielbiciela secesji, spacerując po Wyszechradzie spotykam tylko pogrążonego w myślach biegacza, uśmiechniętą, starszą panią z kundelkiem oraz młode, słowackie małżeństwo.
- Za dwa dni Walentynki. Przyszliśmy świętemu złożyć życzenia – uśmiechają się, mówiąc o relikwiach świętego Walentego, kryjących się w bazylice.
Przyzwyczajona do szczegółowych planów Powązek czy cmentarza Rakowieckiego, nie przyszło mi do głowy, by przed wizytą na największej w Pradze nekropolii przygotować sobie choć szkicową mapę. Pewna, że ktoś z pewnością udzieli mi informacji, gdzie znajdę miejsce spoczynku Jana Palacha i Karela Erbena, odwiedziłam olszański cmentarz.
Po pięćdziesięciu hektarach błąkałam się przez prawie dwie godziny, wśród kilkudziesięciu tysięcy grobów próbując wyłuskać tych parę mnie interesujących. Pracownik cmentarza udzielił mi wskazówek, podając tajemnicze cyfry, oznaczające sektor obiektu, bliższych informacji jednak nie sposób było ani wyprosić, ani wyczytać na tablicy przy wejściu.
Czeskie cmentarze są jak osiedla, a groby na nich – mieszkania. Niektóre osiedla są strzeżone, mieszkania droższe, ale raczej ogólnodostępne. Jednak żeby kogoś odwiedzić, trzeba znać adres i mieć konkretny powód. W przeciwnym razie niektórzy nie mieliby chwili spokoju, niepokojeni ciągłym stukaniem do drzwi.
Z taką refleksją opuszczam Olszany, nie znalazłszy urny Palacha.
Ostatnią nekropolią, na jaką trafiam zupełnie przez przypadek, jest mikroskopijny, żydowski cmentarz, przyklejony do... ściany przedszkola. Nad zapomnianymi grobami wznoszą się osiedlowe bloki (gdyby nie nagrobki, teren cmentarza mogłabym pomylić z placem zabaw w budowie) oraz żelbetonowa wieża telewizyjna Žižkov. Przytłaczająca konstrukcja, po której od ponad dekady wspinają się figury raczkujących bobasów, robi niesamowite wrażenie: jakby odkryło się właśnie przejście między wymiarami, bliznę w rzeczywistości, pomiędzy technokratycznym trzecim tysiącleciem, a okruchami wieku XVII.
Raz, krytykując żelbetonowego kolosa na Žižkovie, nieopatrznie porównałam go do innego giganta, który górował nad Pragą do 1962 roku. W miejscu, dziś obleganym przez deskorolkarzy i rolkarzy, na terenach rekreacyjnych Letná, przez siedem lat stał największy na świecie pomnik Stalina. Nie zdążyłam dokończyć swojej krytyki, gdy Barbora przerwała mi z ironicznym uśmiechem.
- Wy też macie swoich architektonicznych gigantów-dyktatorów. I to współcześnie.
Milknie na moment, po czym kończy z satysfakcją:
- A ten wasz cały Chrystus na granicy z Niemcami?