O autorze
Justyna Mleczak (1993), studentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stawia pierwsze kroki w reporterskim rzemiośle. Zafascynowana potęgą Słów, należy do zanikającego gatunku osób, ceniących tradycyjne listy nad e-maile. Łączy zainteresowania filologiczno-literaturoznawcze z historycznymi. Obieżyświat, który na świat stara się patrzeć przez krzywe zwierciadło. W wolnych chwilach poetyzuje, uprawia siatkówkę, turystykę aktywną, biega; goniąc za sobą samą, zawsze w niedoczasie. Zwyciężczyni konkursu dziennikarskiego „O tym nie czytaliście” Gazety Wyborczej (2012).

Poznań - miasto, którego nie ma

Warszawa to miasto powstańcze, miasto żołnierskich oficerek zatopionych w kanałach i dzieci zatopionych w mundurach. Mieszczański Gdańsk, stoczniowa Gdynia i uzdrowiskowy Sopot dywagują w trzech wymiarach. Smoczy gród nad Wisłą niesie w Polskę urwany hejnał, a każdego dnia tysiące turystów wyciera z żydowskiej dzielnicy wspomnienia, opadłe tam na wzór wielobarwnych liści. Zimowa stolica kraju przepoczwarza się we własne symulakrum, dosłownie zakopując pod lawiną farbowanych oscypków i górali o śląskich korzeniach.



Poznań w podręcznikach pojawia się jako gratis do Gniezna. Niekiedy wstydliwie melduje się na marginesach rozdziałów o zrywach niepodległościowych; zwycięskie wielkopolskie powstania nie przysparzają mu sympatii wśród wyznawców martyrologicznego paradygmatu. To przestrzeń duchów i cieni. Zapomnianych pasaży, sennych klatek schodowych. Cel nieodbytych podróży. Wydarzeń niezaistniałych. Miejsce luk i wyłomów.
To miasto, którego nie ma.


„Turysto! - woła najbardziej oficjalna z oficjalnych stron miasta know-how. - Jeśli chcesz doświadczyć tego, co najbardziej poznańskie i wyjątkowe, koniecznie wejdź na Trakt Królewsko-Cesarski”. Tak, miasto z koziołkami na wieży ratuszowej szczyci się faktem, że gościło królów i cesarzy. A przynajmniej deklaruje pielęgnowanie dumy.
W podziemiach potężnej Katedry na Ostrowie Tumskim spoczywają pierwsi polscy władcy, to powszechnie znana rzecz. Przemyca się gdzieniegdzie domniemanie, że w rzekomej misie chrzcielnej w podziemiach gotyckiej budowli dokonało się symboliczne przyjęcie przez raczkujące państwo Polan chrześcijaństwa.
Katedra znajduje się nieco na uboczu. Nie może się również pochwalić królewskością w swej nazwie. Pod tym względem ustępuje majestatycznemu zamkowi w pobliżu Starego Rynku. Czy może raczej – statycznemu, bo Zamek Królewski majaczy nad centrum Poznania. jak szydercza projekcja. Projekcja, gdyż o rzeczywistym wyglądzie budowli, pod którą kamień węgielny postawić miał Przemysł II, niewiele można powiedzieć.
Po drugiej stronie Starego Rynku, w pobliżu obecnego Urzędu Miasta, znajduje się tajemniczy przedmiot, często brany za fanaberyjną popielniczkę. To pozostałości dzwonu z nieistniejącej kolegiaty św. Marii Magdaleny, przez wiele stuleci dumy miasta na skalę europejską. Przetrwało dla pokoleń tylko serce, w dodatku – pęknięte.
Pęknięta jest także pamięć po wizytach jednego z najpotężniejszych dowódców na kartach historii. Ponad dwieście lat temu Cesarz Napoleon I gościł w Poznaniu, czyniąc go tym samym na parę dni stolicą ówczesnej Europy. W niepozornym i mijanym codziennie przez dziesiątki poznańczyków hotelu Saskim podpisany został pokój z księciem Fryderykiem I. Z kolei przy ulicy Górczyńskiej na Łazarzu Korsykańczyk miał raczyć się trunkiem w pijalni piwa, do której dziś można zajść najwyżej po spuszczeniu powiek. Ostatni swój pobyt cesarz Francuzów odbył zresztą incognito, po niepowodzeniach wyprawy moskiewskiej przemierzając poznańskie ulice nieledwie jak duch.
Cesarskość Poznania ma jednak korzenie nie francuskie, a niemieckie, a ściślej – pruskie. Jedna z najmłodszych rezydencji cesarskich w Europie powstawała w latach 1905-1910 pod osobistym nadzorem cesarza niemieckiego i króla Prus Wilhelma II. Władca nie miał wielu okazji do nacieszenia się swoim dziełem; rezydencję odwiedził zaledwie trzy razy.
Nie był to koniec niemieckich planów wobec Zamku. W latach 1939-1943 budynek gruntownie przebudowywano, przygotowując go do przyjęcia funkcji siedziby Adolfa Hitlera. Nie ma dowodów na to, by führer kiedykolwiek odwiedził dokładną replikę Kancelarii Rzeszy, zdementowano również miejskie legendy, jakoby z podziemnego schronu przeciwlotniczego możliwe było przedostanie się podziemnym tunelem na Cytadelę czy nawet... do Berlina. Z drugiej strony, „złoty pociąg” też wkładano między bajki...
Najbardziej intrygującym pruskim widmem jest zdecydowanie zbiór fortyfikacji Festung Posen, Twierdza Poznań, który dla większości poznaniaków utożsamiany jest z zaledwie fragmentami potężnego zespołu. Reszta rozpływa się gdzieś w klinach zieleni, na pętlach komunikacyjnych, artystycznych zdjęciach, jak element teatralnej dekoracji. Przechadzający się po Cytadeli spacerowicze czy odwiedzający Muzeum Martyrologii Wielkopolan w Forcie VII niekiedy wzdychają melancholijnie, werbalizując chęć odwiedzin w podobnych miejscach. Tymczasem większość fortów pierścienia zewnętrznego oraz część twierdzy poligonalnej nie tylko zachowała się w dobrym stanie do czasów współczesnych, ale jest częściowo dostępna dla śmiałków i pasjonatów. Catering w kazamatach, nocna eksploracja z pochodniami? Tak; na każdym z nieprzyjazdów, poza zasięgiem turystycznej obecności.
Gdy Zamkowe korytarze opuścili błękitnokrwiści władcy, w latach 50. po sąsiedzku wyrósł inny, dwuskrzydłowy gmach. Przez prawie pół wieku był on siedzibą komunistycznych dygnitarzy, po transformacji ustrojowej przejęty został przez władze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Do końca ubiegłego roku akademickiego mieścił się tam Wydział Historyczny uniwersytetu, dziś przeniesiony na Kampus Morasko. Oczarowani pomykającymi po post-socjalistycznych zakamarkach zjawami studenci do ostatniej chwili walczyli o pozostanie w centrum.
Obecny, nowoczesny budynek historyków cierpi nie tylko z powodu braku poświstującego niekiedy nad studenckimi głowami oddechu pierwszego sekretarza. W przyziemiach dawnego Domu Partii pozostała również kultowa stołówka, w której spotykały się najtęższe umysły uniwersyteckiego świata, dopiero weń wkraczający żakowie oraz mieszkańcy, przysłuchujący się skromnie studenckim dyskusjom. Ci mieszkańcy, którzy do domowego obiadu od pani Marii otrzymywali gratis intelektualną, pobudzającą pożywkę, rozpłynęli się w znieruchomiałej ciszy Świętego Marcina. I nawet zdjęcie Margaret Thatcher, pamiątka po wizycie w stołówce premier Wielkiej Brytanii, nie jest w stanie skłonić ich do powrotu.
Opowiadając o lukach i wyłomach w biografii Poznania, nie sposób pominąć lokalnych obieżyświatów. Lista obecności jest długa i otwarta, na potrzeby tekstu napomknę jedynie o dwóch włóczykijach. Po pierwszego sięgnę aż za kulisy ponurej fatamorgany, do czasów, gdy tradycja żydowska w stolicy Wielkopolski nie ograniczała się do nazwy ulicy przy Starym Rynku. W tych okolicach właśnie stoi dziś synagoga; czy też raczej po niej ślad, bryła, pęknięta klisza, przemieniona w pływalnię, niszczejącą bez skargi dzień po dniu.
Przed pięcioma wiekami w synagodze urząd głównego rabina miasta pełnił Jehuda Low ben Becalel, mityczny twórca Golema oraz późniejszy rabin czeskiej Pragi. Do legendy tej nawiązuje stojący przy Alejach Marcinkowskiego pomnik autorstwa czeskiego artysty, Davida Černego. Ekspresyjne przedstawienie Golema, sprawiającego wrażenie zatrzymanego w pół kroku, przywodzi na myśl smugę, z rodzaju tych, które pojawiają się na niebie po przelocie samolotu. Zostawiają chwilowy świat, po czym niepostrzeżenie rozmazują się, by wreszcie zniknąć.
Drugi obieżyświat do niedawna mógł pochwalić się upamiętnieniem w jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Poznaniu. Chodzi mianowicie o Kazimierza Nowaka, który w latach
1931-1936 samotnie przebył Afrykę, z północy na południe i z powrotem, za główny środek lokomocji obierając rower. Tablicę mu poświęconą odsłonił w 2006 roku Ryszard Kapuściński na Dworcu Poznań Główny – tym, który obecnie pozostaje zamknięty, a jego dalszymi losami zajmują się komputerowe wizualizacje.
A Kazik czasem przemknie między jednym a drugim elektronicznym impulsem, kiedy jakiś potencjalny naśladowca zdecyduje się na wypożyczenie dwóch kółek ze stacji Roweru Miejskiego.
Jest taki pasaż w Poznaniu, o którego istnieniu nie pamiętają nawet sąsiednie kamienice. Tymczasem fascynująca historia ciągu pieszego Apollo, łączącego ulice Ratajczaka i Piekary, sięga jeszcze połowy XIX wieku. Tu, w muszli koncertowej, odbywały się przedstawienia teatralne, tu opłakiwano śmierć Rudolfa Valentino. To w pasażu Apollo wyświetlono pierwszy w Poznaniu film dźwiękowy, a po drugiej wojnie światowej otworzono pierwszą restaurację. Wreszcie – to w tym miejscu znajdował się Palais de Danse, czyli słynny na całą Polskę lokal kabaretowy, wyposażony w cieszące się ogromną popularnością zaciszne gabinety towarzyskie.
A dziś? Dzięki inicjatywie właścicieli kilku knajpek, szczególnie ambitnym młodym ludziom z pierwszej w Polsce brazylijskiej kawiarni - Sorrir, Apollo powoli się odradza. Łyk szatańskiej małej czarnej z pewnością stawia na nogi, ale czy wystarczy to, by wyłudzić duszę?
Na koniec tylko króciutko o łazędze, który niepostrzeżenie przemyka poznańskimi wymiarami, utrwalając ich okruchy z wrażliwością i pieczołowitością, na którą czekały przez lata. Mowa o Łazędze poznańskiej, którego profil na Facebook'u (stan na 29.11.2015) obserwuje 4364 użytkowników. Zawieszony między światami poznański wróżbita zaklina dla mniej spostrzegawczych magiczne nie-miejsce, w którym przyszło im nie-być.
Czasem, czekając na przystanku, podnoszą głowę, oglądając secesyjne zdobienia kamienic. Już w tramwaju odpalają na smartfonach księgę twarzy. I tam, na łazęgowych zdjęciach, przyznają lajki.
Miejscom, których nie ma.



Zdjęcie pochodzi z FB Łazęgi poznańskiej - Pana Macieja Krajewskiego.
https://www.facebook.com/lazegapoznanska/timeline