
Do walki stają dwa szwadrony. Z jednej strony ludzie wiecznego karnawału, z krępym jeźdźcem na beczce- przaśnym, walecznym, uzbrojonym w kij od rusztu. Z drugiej- wychudzony asceta z zapadniętymi policzkami, na zbitej z desek marnej sedii gestatorii, prowadzony przez tłum równie umartwionych. Ten będzie walczył drewnianą łopatą do pieca, z błyszczącymi rybami na konsze. Walka postu z karnawałem według Bruegla.
REKLAMA
Wróciłam z miasta Bruegla, z Brukseli. Wciąż pełnego wątków jak z jego obrazów.
Notre Dame de la Chapelle- to kościół położony na wzniesieniu, w dzielnicy malarza.
Z jednej strony- plac Grand Sablon. Mekka antykwariuszy w ciemnych welurach. Podłogi wykładane taliowanym marmurem, pokrywane stuletnimi dywanami z jedwabnej nici, wnętrza pełne błyszczących luster i kandelabrów. Ślad świetności dawnego imperium kolonialnego. W ekspozycji wyściełane purpurowym aksamitem fotele. Ludwik XIII. Ludwik XIV. U antykwariusza obok- Ludwik XV. Poniżej placu można dojść do wylotu maleńkiej uliczki de Blaes, by wstąpić na chwilę do innej rzeczywistości, do niepodległego królestwa nikomu niepotrzebnych rzeczy i mirabiliów nurzanych w tym morzu wszelkich potrzeb.
Ta dzielnica to jedno z niewielu miejsc na świecie gdzie można kupić dziewiętnastowieczne prawidła do butów i model samolotu ze skrzydłami z bladego pergaminu sprzed stu lat. To pozbawione konstytucji i praw królestwo designerów nadających starym przedmiotom nowe życie. Skórzana,szyta grubą nicią piłka włożona w metalowe dyby w cudowny sposób została przerobiona na krzesło...W jednym ze sklepików można zakupić ławki jak z "Umarłej klasy" Kantora.
Wyobrażacie sobie z jaką satysfakcją znalazłam tu u jednego ze sprzedawców popiersie z terakoty przedstawiające głowę dziewczyny o rysach jak u Madonny z Krużlowej?
W bocznej kaplicy kościoła -pod podłogą- pochowane szczątki Piotra Bruegla Starszego i jego żony. Na ścianie skromne epitafium, bez emfazy. "Nie musieliśmy spoglądać na wschód ani na południe, bo on sprawił, że cały świat odnalazł geniusza u nas".
Pewnie dzisiejsza rue de Blaes i plac Jeu de Balle byłyby dla Bruegla świetną inspiracją. Osiemdziesięcioletni akordeonista z pobliskiej kawiarni. Marokańscy sprzedawcy z okolicznych ulic. Rumiani antykwariusze. Przysadziści piekarze. Filigranowe barmanki o wyglądzie Edith Piaf. Bruegel, pierwszy autor komiksów, XVI wieczny nieutrudzony malarz pewnie spacerował tędy, zaułkami w okolicy rue Haute, na pobliskie targi, wyostrzając uwagę na głośne kłótnie przekupek i śmiałe gesty handlarzy.
Na ulicach swojego miasta przyglądał się ciągłej walce postu z karnawałem.
Na ulicach swojego miasta przyglądał się ciągłej walce postu z karnawałem.
Na obrazie Bruegla, tym w Kunsthistoriches Museum w Wiedniu, narracja nie daje oglądającemu wytchnienia. Horror vacui, całe płótno wypełniają miniaturowe postaci w ciągłym ruchu, w nieustającej pogoni za karnawałem.
Do walki stają dwa szwadrony. Z jednej strony ludzie wiecznego karnawału, z krępym jeźdźcem na beczce- przaśnym, walecznym, uzbrojonym w kij od rusztu. Z drugiej- wychudzony asceta z zapadniętymi policzkami, na zbitej z desek marnej sedii gestatorii, prowadzony przez tłum równie umartwionych. Ten będzie walczył drewnianą łopatą do pieca, z błyszczącymi rybami na konsze.
A gdzie jest malarz? Raczej gdzieś z boku, poza dwoma grupami z obrazu.
"Walka postu z karnawałem". Definicja harmonijnego życia według Bruegla. Chyba wiedział czym ono jest. W końcu zasłużył nim na spoczynek pod kościelną posadzką i skromne epitafium w bocznej kaplicy Notre Dame de la Chapelle.
