Dwudziesty pierwszy wiek w polskiej szkole wyższej; świeżo wyremontowana sala z narzędziami do wszelakiego technicznego zastosowania ufundowana z unijnych (czyt. naszych) pieniędzy. Młoda, porcelanowej budowy studentka stara się zrobić projekt zaliczeniowy na jeden z niepotrzebnych na jej kierunku przedmiotów dla profesora zajmującego etat od 40 lat.
REKLAMA
Do swojego zadania potrzebuje pociąć kilkadziesiąt drewnianych rurek o średnicy 8 mm na dziesięciocentymetrowe części. Nic prostszego, wszak istnieje od tego specjalna maszyna, która automatycznie tnie tak jak się ją zaprogramuje.
Jeśli mowa o polskich uczelniach (i Euro2012) to absolutnie nie można zapomnieć o wspaniałej organizacji i komunikacji pomiędzy pracownikami. Gdy jeden stwierdza, że automatyczna piła potnie szybko i bezpiecznie niezliczoną ilość drewna w różnorakie kształty i długości - drugi, kierownik, bezpardonowo zabrania jej użycia!
Bo piła się stępi!
„Przepraszam, ale jak to nie mogę tego użyć?”, „To jest piła do większych rzeczy a poza tym, takie coś ją stępi!”, „Ale została kupiona za pieniądze z moich podatków po to żebym mogła robić tutaj swoje projekty!”, „Proszę” – po czym pracownik uczelni, choć wydawałoby się że raczej aktor z filmu Barei, podaje dziewczynie zwykłą, ręczną piłę.
Jak na polskie standardy to i tak sukces. Podczas kupowania niezliczonych ilości materiałów i niebowiązkowego-choć-dobrze-by-go-był0-mieć-z-naciskiem-na-mieć aparatu lustrzanego za przynajmniej dwa tysiące złotych, filigranowa polska studentka nie będzie musiała się martwić przynajmniej o piłę.
