Co jeszcze można więcej powiedzieć o Wrocławiu? Że jest jednym z najlepiej rozwijających się miast w Polsce – kwestia dyskusyjna, zważywszy na fakt, jak wciąż zaniedbywane są tereny Nadodrza czy Psiego Pola. Że jest najpiękniejszym miastem w tym kraju – mieszkańcy Krakowa pewnie też mieliby co do tego sporo zastrzeżeń. Może więc, że jest polską stolicą filmu?
REKLAMA
Do niedawna bez większych wątpliwości można byłoby stwierdzić, że na takie miano zasługuje Gdynia, z Łodzią na mocnym miejscu numer dwa. Na Pomorzu wszak odbywa się wciąż najważniejszy polski festiwal filmów fabularnych, teraz zwany Gdynia Film Festival. Z kolei w Łodzi swoją siedzibę ma najbardziej prestiżowa i poważana szkoła filmowa w Polsce, tzw. łódzka filmówka, którą kończyli najwybitniejsi polscy reżyserzy i operatorzy. Gdzie więc tutaj można zmieścić Wrocław?
Z jednej strony nie sposób nie zauważyć, że w naszym mieście organizowanych jest coraz więcej filmowych inicjatyw. Gdy w 2006 roku Roman Gutek podejmował decyzję o przeniesieniu festiwalu Nowe Horyzonty z Cieszyna do Wrocławia, większość zadawała sobie pytanie czy ten eksperyment się powiedzie. Cieszyn miał bowiem swoją bardzo specyficzną atmosferę, którą zapewne trudno będzie uchwycić w bądź co bądź z punktu widzenia Polski dużym mieście jakim jest Wrocław.
O dziwo jednak udało się, festiwal nie tylko przyciągnął ludzi już wiernych cieszyńskim Nowym Horyzontom, ale też zebrał nowe grono oddanych fanów w samym Wrocławiu. Ja sam usłyszałem o tym festiwalu rok po jego pojawieniu się w stolicy Dolnego Śląska i od tego czasu nieprzerwanie aktywnie w nim uczestniczę. Dzięki niemu, pośrednio dzięki Romanowi Gutkowi, poznałem twórców, których zapewne miałbym mniejsze szanse poznać wiodąc życie normalnego kinomaniaka co jakiś czas odwiedzającego Multikino. To Nowe Horyzonty przedstawiły mi twórczość nieco przereklamowanego, ale wciąż wielkiego Xaviera Dolana, przypomniały dokonania Federico Felliniego, pozwoliły odkryć na nowo groźnie brzmiące nazwisko Krzysztofa Zanussiego.
Większość nowohoryzontowej publiczności wie, jakiego spectrum filmów może się spodziewać po festiwalu Gutka. Mówiąc dość oględnie jest to co roku niemal pełny obraz europejskiego, czy szerzej patrząc światowego kina niezależnego. Oznacza to tyle, że obok canneńskich dokonań Haneke i Garrone, mając pecha można trafić także na film o kamieniu wystającym z wody prezentowanym z kilkunastu różnych ujęć, który katalog festiwalowy nazwie „spotkaniem z żywiołem będącym metaforą przemijającego jestestwa w formie pełnego napięcia i emocji filmu dokumentalnego”.
Zasadniczo jednak dominujące pozostają filmy posiadające fabułę, w miarę poprawnie zarysowany początek i koniec oraz aktorów grających po ludzku. Poza filmami nie sposób zapomnieć o atmosferze festiwalu, która oczywiście nie wszystkim zawsze przypada do gustu. Wszak jest na tym festiwalu trochę irytującego hipsterstwa, przeintelektualizowanych dyskusji o pseudo trudnych obrazach, które bez pudła są zawsze odbiciem ludzkich namiętność i wewnętrznych przeżyć, metaforycznie spoglądających na życie człowieka.
Niemniej większość odwiedzających Wrocław na przełomie lipca i sierpnia wspomina ludzi chodzących z plastikowymi plakietkami na szyi, pijących kawę w przenośnych kubkach, śpiących na schodach dawnego Heliosa, czy jeżdżących na rowerach nowohoryzontowych pomiędzy kolejnymi lokalizacjami festiwalu.
Idąc za ciosem, widząc narastające zainteresowanie festiwalem i generalnie Wrocławiem Roman Gutek, parafrazując nieodżałowanego premiera Marcinkiewicza, „nie markował kroku, tylko zrobił go, albo nawet i dwa”. Nie dość, że do Nowych Horyzontów dołączył młodszy, nieco skromniejszy brat w postaci American Film Festival, to jeszcze powstał, jak to ładnie mówi slogan reklamujący, „największy arthouse w Polsce” – Kino Nowe Horyzonty.
Pierwsze ze wspomnianych nowych dzieci Gutka od razu uznałem za krok w bardzo dobrym kierunku. Kino amerykańskie bowiem jest w Polsce, czy szerzej mówiąc w Europie dość mocno wyśmiewane i traktowane powierzchownie. Gutek postanowił zmienić jego postrzeganie u polskiej publiczności, prezentując jej inne oblicze kinematografii zza oceanu – stronę nieco bardziej niezależną, oderwaną od wielkich wytwórni. Nie zapomniał jednak o najpoważniejszych produkcjach oskarowych, dzięki czemu powstała mikstura niemal idealna. Szkoda, że wciąż nie do końca popularna wśród wrocławian co może wynikać głównie z faktu, że festiwal odbywa się w listopadzie i nie każdy jest w stanie w tym okresie wygospodarować na niego czas.
Co do drugiego dziecka Gutka – Kina Nowe Horyzonty – od samego początku miałem wątpliwości. Wynikały one głównie z faktu, czy tak wielkie kino jak Helios przy ul. Kazimierza Wielkiego będzie w stanie przyciągnąć na tyle szeroką publiczność, aby to przedsięwzięcie okazało się rentowne. Nie ukrywajmy bowiem, że w czasach kryzysu chodzi nie tylko o dobrą sztukę, ale także o jej solidną sprzedaż. To mogłoby się okazać problemem, ze względu na fakt, że nie wszyscy lubią chodzić do kina na obrazy trudniejsze. Nie do każdego trafia idea prezentowania w olbrzymim kinie tylko filmów niezależnych, wszak dla niektórych kino powinno być miejscem rozrywki czysto zmysłowej, a nie intelektualnej.
W końcu też na początku odstraszająco mogły wyglądać ceny biletów, które jak na repertuar prezentowany nie należały do najniższych. Jednak w miarę rozwijania się kina, zaczęło się ono otwierać na szersze spectrum odbiorców. Nie tylko bardzo mocno poszerzono repertuar, w którym znajdziemy także co jakiś czas lepsze, bardziej inteligentne pozycje kina rozrywkowego, ale też wprowadzono kilka cykli skierowanych np. do ludzi starszych. Wydaje się, że idea Kina Nowe Horyzonty coraz mocniej przemawia do Wrocławian. A będzie jeszcze lepiej ze względu na fakt, że kino będzie jedną z najważniejszych aren rozgrywania się wydarzeń Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016.
Poza wydarzeniami filmowymi, wśród których utrwalone i istotne miejsce mają także między innymi KAN – Festiwal Kina Amatorskiego i Niezależnego – oraz reaktywowany przez świetnego wrocławskiego aktora Roberta Gonerę Interscenario, festiwal dla scenarzystów, oraz nowymi miejscami (nie zapominajmy wciąż przecież o pozostającym nieco w stagnacji, niemniej wciąż trwającym Dolnośląskim Centrum Filmowym), warto spojrzeć na Wrocław jako scenerię tworzenia kina.
Od samego początku PRLu wrocławskie ulice były obecne w filmach najbardziej uznanych, ważnych twórców polskiej kultury. Szczególnie upodobał sobie Wrocław bodaj najbardziej niedoceniony polski reżyser okresu komunistycznego – Wojciech Jerzy Has. Jego genialna „Pętla” pokazuje mocno podniszczony powojenny Wrocław, po którym przechadza się alkoholik grany fenomenalnie przez Gustawa Holoubka. Także w „Lalce”, adaptacji prozy Bolesława Prusa spod ręki tego samego reżysera, pojawiają się ulice naszego miasta.
Najbardziej znanym jednak filmem z tamtego okresu, który nakręcono w stolicy Dolnego Śląska jest „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy z niezapomnianą kreacją Zbigniewa Cybulskiego. Przez wielu zagranicznych i polskich krytyków film ten uznawany jest za najwybitniejszego dzieło polskiej kinematografii, a jego najsłynniejszą scenę z podpalonymi kieliszkami nakręcono ponoć w hotelu Monopol. Na ekranie widać także kilka dawnych ulic naszego miasta. Ulice Wrocławia były tez bohaterkami, a niekiedy udawały ulice innych miast w takich serialach jak „Stawka większa niż życie” czy „Czterej pancerni i pies”. W czasach bardziej nam bliskich Wrocław był również scenerią kilku bardzo ważnych filmów fabularnych i nieco mniej istotnych seriali. Jeszcze w końcówce PRLu swój talent polskim widzom objawił Wiesław Saniewski. W 1984 pokazał jeden z najlepszych polskich filmów lat 80. – „Nadzór” z rewelacyjną Ewą Błaszczyk w roli głównej. Film opowiadał o życiu więźniarek i ich walce o godne życie w zderzeniu z rządami demonicznej klawiszki granej przez świetną Grażynę Szapołowską. Część scen, z zamykającym ujęciem, była kręcona w oraz wokół więzienia przy Kleczkowskiej.
Później Saniewski nie kręcił filmów zbyt często. Jednak do Wrocławia jeszcze powrócił w „Wygranym”, w którym kilkakrotnie obejrzeć można było już wcześniej wspomniany hotel „Monopol” czy ul. Więzienną, gdzie w jedną z knajpek zaaranżowano na bukmachera zajmującego się zakładami wyścigów konnych. Swoje najnowsze filmy we Wrocławiu umieścili także Jan Komasa, w którego triumfalnym debiucie „Sali samobójców” wielokrotnie widać scenerie pasażu Niepolda, Uniwersytetu Wrocławskiego czy Mostu Uniwersyteckiego. Podobnie w „80 milionach” Waldemara Krzystka, gdzie Wrocław jest właściwie jednym z głównych bohaterów historii.
Oglądamy postarzone blokowiska, ale także wrocławską siedzibę Narodowego Banku Polskiego czy szczególnie dobrze zapamiętany z ostatniej sceny filmu Most Grunwaldzki, na którym Władysław Frasyniuk grany przez Filipa Bobka wpuszcza jadący tramwaj w broniących mostu funkcjonariuszy ZOMO i Milicji Obywatelskiej. Kręci lub kreciło się u nas także seriale. Jednym z nich możemy się na pewno szczycić – „Światem według Kiepskich”, najdłużej utrzymującym się na antenie serialem komediowym w Polsce, którym swój talent polskiej publiczności objawił niejaki Okił Khamidow. Później do jego repertuaru dołączyła także realizowana we Wrocławiu „Fala zbrodni”. Niestety następne jego przedsięwzięcie związane z naszym miastem chluby mu wielkiej nie przynosi. Są to bowiem produkcje w gatunku soap paradokumentu, typu „Dlaczego ja” czy bodaj jeszcze słynniejszych „Pamiętników z wakacji”, które dały nam kultowego już mięsnego jeża. Aktualnie poza tymi dziwadłami, Polsat produkuje u nas także swoją jedyną operę mydlaną „Pierwszą miłość”.
Za 3 lata Wrocław będzie Europejską Stolicą Kultury. Może to być czas, kiedy już ostatecznie i nieodwołalnie nasze miasto stanie się polską stolicą filmu. Bo to, że do tego mocno aspiruje nie pozostawia nikomu wątpliwości. A po Europejskiej Stolicy Kultury, może czas na przejęcie Camerimage…? Wtedy przyjadą do nas nie tylko najlepsze filmy, ale też najbardziej znani i wybitni twórcy. Mamy już festiwale, mamy rodzimych twórców, mamy zaczątek solidnej kinowej infrastruktury. Tylko czekać na gości, którzy będą regularnie Wrocław uświetniać swoją obecnością.
