Przedwczoraj Wielki Czarny Wódz (Godson) nauczał mnie, żyjącego w wolnym związku 38 lat, że mi żadne papierki formalne nie są potrzebne do życia. Specjalnie przybył z Czarnego Lądu, zdobył polskie obywatelstwo, aby mnie pouczyć, a przy okazji wprowadzić swoje głębokie teologiczne poglądy do naszej debaty. Od teraz posłowie będą debatować nad tym, co jest, a co nie jest grzechem.

REKLAMA
Grzech, wina, odkupienie, pokuta a może nawet odpust staną się sejmowymi problemami.
Wczoraj zaś Wielki Biały Wódz (Roman Giertych) wytłumaczył mi, czym jest prawda naukowa. Słowo Prawda wymienił przynajmniej tyle razy, co sam Lenin w swoim najlepszym okresie. Otóż prawda polega na tym, że wszystko zależy od genów. Człowiek rodzi się genetycznie kobietą albo mężczyzną. Nasz domorosły genetyk nie słyszał nigdy o zjawisku hermafrodytyzmu w bardzo wielu odmianach. Nie dopuszcza też możliwości tego, że można się urodzić w ciele mężczyzny, a czuć się kobietą lub odwrotnie. I że ludzie tak niedopasowani psychiczno-cieleśnie bardzo cierpią. I przecież nie fanaberie i lektury genderowe spowodowały bolesną transformację Anny Grodzkiej. Bo o nią tu chodzi. Determinizm genetyczny pana Giertycha jakoś mi nie pasuje do chrześcijańskiej koncepcji wolnej woli. Determinizm, zresztą wszelkiego rodzaju jest raczej sprzeczny z teologią katolicką.
Ostatni wydawało mi się, bo wielokrotnie Wielki Biały Wódz mówił bardzo logicznie, że i on przeszedł jakąś transformacje. Że mu już Gombrowicz nie przeszkadza. Niestety stary LPR-owski Giertych jeszcze w nim siedzi i czasami szczerzy narodowe kły.
Nachalna pseudoreligijna i w gruncie rzeczy sprzeniewierzająca się postulatom miłości bliźniego propaganda zastąpiła w dzisiejszej polityce niegdysiejszy prawdziwy materializm komunistów. Tak jak komuniści sami wykończyli swoją ideologię podobnie dzisiejsi obrońcy katolickiej Polski raczej jej szkodzą niż pomagają.