Kiedyś na festiwal literacki Artura Burszty jeździło się do Fortu (w Legnicy), potem do Portu (we Wrocławiu), a teraz (17. edycja) wracamy ponoć do korzeni, czyli do Europejskich Spotkań Pisarzy (ponoć pierwsza edycja festiwalu – czasy sprzed Fortu i Portu, których ja pamiętać nie mogę – tak właśnie się nazywała). Nazwa nazwą, biurokracja biurokracją, finanse finansami, dotacje dotacjami (co mnie do tego wszystkiego?), a książki wszak są książkami (niech tak zostanie) i dla nich warto! Wszak program tegorocznego festiwalu (20-22 kwietnia, Wrocław) – znakomity!
REKLAMA
Na początek Krystyna Miłobędzka, której z przyklękiem i kwiatami akademię zorganizował sam Prezydent (nadodrzańskiego) Miasta. Pani Krystyna nieodmiennie stanowi gwarancję udanego spotkania z poezją, a w tym roku (Roku Miłobędzkiej!) dała się poznać na otwierającym Europejskiej Spotkania spotkaniu ze stron rozmaitych: były wiersze starsze i nowe (dwanaście wierszy w kolorze), była książka Gdzie baba siała mak, był też Wielogłos. Krystyna Miłobędzka w recenzjach, szkicach, rozmowach. Komu mało, ten mógł zamienić jeszcze słówko z Krystyną Miłobędzką na osobności, tudzież w podgrupach. Tyle, jeśli chodzi o otwierające (i chyba najbardziej wzruszające) spotkanie.
Pierwszego dnia festiwalu zaprezentowały się jeszcze poetki z Irlandii - Leonitia Flynn i Eiléan Ní Chuilleanáin. Paniom asystował Jerzy Jarniewicz, który miał w tym roku do zaprezentowania aż sześć poetek z Irlandii. Zresztą, ten wieczór należał w pewnym sensie do tłumaczy, bo po prezentacji książki przygotowanej przez Jarniewicza, na scenie pojawili się Julia Fiedorczuk i Andrzej Sosnowski. Warszawski duet przedstawił wybrane fragmenty z trzech książek dwóch legendarnych już postaci amerykańskiej literatury modernistycznej – Jane Blowes i Laury (Riding) Jackson. I choć na tarasie festiwalowym dominowali, tradycyjnie, panowie ubrani na czarno z obowiązkowym papierosem w ręku, to jednak scenę pierwszego dnia zdecydowanie zdominowały głosy kobiece.
W sobotę po południu wszystko wróciło do równowagi, bo po czytaniach z książki Połów. Poetyckie debiuty 2011 (7 mężczyzn, 3 kobiety), na scenie pojawiło się męskie trio (w składzie: Leszek Engelking, Marcin Sendecki, Bohdan Zadura) z przełożonymi przez sobie (oraz nieobecnego Andrzeja Sosnowskiego) Wierszami, poematami i Pieśniami Ezry Pounda oraz Trzema poematami Jamesa Schuylera (i tu tegoroczny precedens, bo ostatnia pozycja znajduje się dopiero w fazie produkcji; trzeba na nią jeszcze chwilkę poczekać, ale czekając, można już czytać wszystkie pozostałe, prezentowane na festiwalu książki). Klasycy modernizmu anglosaskiego ustąpili wreszcie twórcom z Europy Środkowowschodniej. Usłyszeliśmy: fragmenty z książek Balli (Słowacja), Andrija Bondara (Ukraina), a potem i rodzimą twórczość (Urszula Kozioł, Jacek Łukasiewicz, Janusz Styczeń). Było wybornie, ale i tak Słowian – choć to przecież nie gęsi i na sielance się znają – przyćmił nieco wieczór amerykański z udziałem gwiazdy zza oceanu (Edmund White) oraz nadwiślańskiego gwiazdora współczesnej poezji polskiej - Andrzeja Sosnowskiego. Poeta oraz redaktor „Literatury na Świecie” przeczytał bodaj jedno zdanie z Johna Ashbery’ego, a potem wcielił się w Johna Cage’a i wykonał słynny utwór 45’dla prelegenta, który trwał tyle, ile powinien trwać, a może nawet i nieco dłużej.
Z kolei ostatniego dnia Wojciech Bonowicz, Marta Podgórnik i Bohdan Zadura przypomnieli nam nieco zaniedbanego w recepcji Władysława Sebyłę, zawsze aktualną Marię Pawlikowską-Jasnnorzewską oraz tak szczególnego w dziejach poezji polskiej poetę, jakim był Tadeusz Nowak. Potem był czas Justyny Bargielskiej, Jacka Dehnela i Dariusza Suski. Upłynął on jednak szybko, bo już zbliżała się reprezentacja Niemiec: Gottfrieda Benna i Bertolta Brechta czytał cały hufiec tłumaczy, z których jeden (Andrzej Kopacki) zaprezentował jeszcze swoją własną książkę krytyczną o literaturze zza Odry (Muszle w kapeluszu). Niemieckiej mowie postanowili dać opór poeci znad Wisły, konkretnie zaś tercet warszawski (Tadeusz Pióro, Marcin Sendecki, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki), którego występy stanowiły doskonałą zapowiedź finałowego spotkania z Laurie Anderson – kolejną gwiazdą zza oceanu. Co łączy Anderson z - powiedzmy - Tkaczyszynem-Dyckim? Nic poza tym, że oboje nie czytają swoich utworów, ale wykonują je i wystawiają na scenie. Kto widział, ten wie, o czym mówię.
Program, jak widać, znakomity. Co więcej: zrealizowany. Kawa też była niezła, gorzej z innymi trunkami. Odkąd w 2010 roku festiwal przeniósł się do Studia na Grobli, bawimy się w swoim własnym gronie (komu bowiem by się chciało taki kawał, bez komunikacji miejskiej, a pogoda – jak to w kwietniu – kapryśna). Od jakiegoś też czasu prezentacji książek towarzyszy muzyka, która - jak to wynika z moich licznych rozmów - nikomu się nie podoba. Fortunnie, wyczyszczono w tym roku program z nieszczęsnych dyskusji, w trakcie to których nie zawsze przygotowani krytycy i prowadzący spierali się o kształt poezji polskiej, o przełomy, pokolenia, dekady, poetykę i różnorakie powinności poezji wobec. Tego w tym roku nie było. Scena w całości należała do literatury, poetek i poetów, pisarek i pisarzy, a co za tym idzie - do książek wydawanych przez Biuro Literackie, bowiem taki jest właśnie zasięg rzeczonych Europejskich Spotkań Pisarzy. Sądząc po programie, rozmach wcale nie mały. Z drugiej jednak strony, nie da się ukryć, że z roku na rok festiwal podupada i traci (przede wszystkim publiczność skurczoną już teraz do samych swoich). Jest książka, kawa, trochę wiatru znad rzeki. Nie ma zaskoczenia, niespodzianki. Nie zdarzy się nic, poza tym, o czym wiemy, że i tak się zdarzy. Wszak ofertę Biura Literackiego znamy bardzo dobrze – większość z nas „na wyrywki”, niektórzy nawet „na pamięć”. Spotkać się we Wrocławiu? Owszem. Ale to nie są jednak „europejskiej spotkania”. To nieodmiennie „fort” czy też „port” Artura Burszty. Dostęp ograniczony, karteczki rozdane, „nikt nie woła”, gospodarz w progu nie czeka. Czy współcześnie można się tak uszczelniać, zamykać, uciekać za miasto, po kątach chować, swoich wykładać, innych zbywać, karteczki rzucać na stół, serwować wiersz niczym kawkę? Do czasu. Nie ja wymyśliłam sentencję, że wszystko płynie. Wyciekać, przeciekać, uciekać (z fortów, portów – ahoj!), upłynniać się (kawa), wyparować (publiczność), przeciekać przez palce… Gdzie są zyski? A jakie straty? Za rok będą pewnie 18. Spotkania Europejskiej Pisarzy w Forcie-Porcie-Biurze… A może wreszcie w bardziej otwartej formule, przestrzeni? Może choć jedno, nieśmiałe „witam”, może choć odrobinę rozwarte ramiona? Co nas bowiem spotkało w tym roku na zakończenie całej imprezy? Bankiet z udziałem specjalnego gościa, Laurie Anderson. Artystkę posadzono w fotelu koło redaktora Metza (a myśmy sobie stali z darmowymi drinkami w dłoni), pan redaktor zadał jej całą masę niefortunnych pytań (a myśmy stali coraz bardziej zmęczeni), a pan redaktor litościwie spolszczał i streszczał dla nas jej odpowiedzi (a myśmy zwolna odpadali). Pan redaktor nic chyba nie zauważył, tylko ciągle prosił o ciszę i mówił, mówił, ale nie do nas chyba i chyba też nie do Anderson, on chyba mówił do siebie… A myślmy odpływali z Portu Literackiego syci (sushi) i zadowoleni, że literatura (tak polska, jak i światowa) ma się dobrze, że niczego jej (prócz nas – czytelników) nie potrzeba, że nie zagraża jej żaden atak (do portu nie dobił ani jeden statek pod nieznaną banderą; ni pół zbója, terrorysty ani nawet rewolucjonisty się nie pojawiło), że można się spotkać, że wszystko płynie (Ahoj!) i „nikt nie woła” (a co!)…
