„W tej powieści wszystko, co najważniejsze, wybucha z powodu Paryża, podczas podróży do Paryża albo w Paryżu. Lalka jest powieścią o Warszawie podszytej Paryżem” – słusznie zauważa Krzysztof Rutkowski w eseju Wokulski w Paryżu z 2010 roku. Wokulski w Paryżu pojmuje siebie – nawiasem mówiąc, jest to dość przykre dla niego doświadczenie. Stach na paryskich bulwarach zrozumie bowiem, że jest człowiekiem niewspółczesnym współczesnej sobie Warszawie. Wokulskiemu zależy na Warszawie (która dla niego znaczy tyle, co Łęcka) – sam jednak jest tu nikim (nawet niczym). W Paryżu mógłby być wszystkim, ale tego z kolei nie chce: pragnie przecież Warszawy.

REKLAMA
Pod wpływem doświadczeń paryskich rzeczywistość mu się rozjeżdża: przeistacza się nie-miejsce (dworce, hotele, kawiarnie, dorożki i bulwary – wszystko to, co stanowi miejsce wspólne i niejako właściwe dla emigrantów, wykluczonych, odmieńców). Warszawa w epoce Wokulskiego – człowieka nowoczesnego, pragmatyka i kapitalisty, pogrążona jest w starych snach (stąd Stach nijak nie może tu zaistnieć). Paryż natomiast chętnie padłby do stóp Wokulskiego (tym bardziej, że padł już przez niejednym biznesmanem) – tymczasem miasto to nie stanowi dla Wokulskiego żadnego obiektu (pożądania).
Wokulski w Paryżu orientuje się, że – prócz śmierci – nie ma dosłownie nic. Jakby wszystko było gdzieś indziej. Ot, kondycja człowieka nowoczesnego: patrzeć, jak świat się toczy bezwiednie i reagować (przypadek rewolucjonisty), bądź nie reagować (typ melancholijny). Jak twierdzi Rutkowski, Wokulski boi się wygranej i opłakuje stratę po czymś, czego nawet nie podjął się zdobyć. Wokulski jest zatem melancholikiem – obcym, niemogącym się nigdzie i nigdy zakorzenić nie-swoim, widmem, człowiekiem z pogranicza, ucieleśnieniem ironii (wielkim iluzjonistą i jednocześnie bezwzględnym demistyfikatorem; utopistą, idealistą, którego zżera robak niewiary, deziluzji, braku sensu). Wreszcie, Wokulski jest – zdaniem eseisty – flâneurem, „kimś nieuchwytnym. Kimś wieloznacznym”, o którym można pisać na przykład w ten sposób: „Od lat czterdziestych dziewiętnastego wieku egzystencja flâneura okazywała się egzystencją zjawiskową: ten tajemniczy nieznajomy zaczął odgrywać rolę zjawy i upiora, fizjonomisty obdarzonego nadzwyczajną ostrością i przenikliwością spojrzenia, stał się tajnym
współpracownikiem najtajniejszej policji lub posłannikiem piekieł, trochę demonem, trochę aniołem, poetą i potępieńcem”. Dalej Rutkowski pisze, że melancholik stanowi łącznik pomiędzy dwoma światami: fantasmagorią (światem duchów) i realnością (światem towarów), przez co zagraża obu porządkom, które tworzą – powiedzmy to wreszcie – świat nowoczesny. Oko melancholika jest bowiem nazbyt przenikliwe: przenikliwe tak bardzo, że, w odróżnieniu od wywrotowca, nie wierzy w żadną możliwość zmiany (na lepsze) i dosłownie wszystko (prócz śmierci) uważa za pozór. Figurami, które napędzały i krytykowały jednocześnie nowoczesność byłyby zatem – dość zresztą wyraziste – typy rewolucjonisty, buntownika oraz melancholika, flâneura (przy czym oba proponowane tutaj modele egzystencji najpełniej realizują się w mieście – stanowiącym, jak wiemy, domenę nowoczesności). W tym sensie Rutkowski ma rację mówiąc, że Wokulski pojął swój czas, a co za tym idzie, zrozumiał, że prawdziwe życie jest (jeśli w ogóle jest) gdzie indziej: ani w Warszawie, ani w Paryżu, ani z Łęcką, ani tym bardziej bez niej. Słowem, gdzieś indziej, czyli nigdzie. Nawiasem mówiąc, rewolucjonista pojmuje swój czas zgoła odmiennie: dla niego wszystko, co istotne, toczy się (tudzież powinno toczyć się) tu i teraz: bezzwłocznie. Tyle jeśli chodzi o to, co (już) było.
Pozostaje jednak pytanie: kto aktualnie pojmuje swój czas? W jakiego rodzaju personie kumulują się wszelkie nadwyżki (znaczeń, sensów, dóbr, energii witalnych, twórczych, kulturowych)? Kto żąda więcej? Czy będą to „Oburzeni”, którzy, zapożyczając się u studentów z wiosny ’68, żądają niemożliwego? Kto na tyle przeniknął to, co jest, że niczego już nie spodziewa się (prócz śmierci)? Czy będą to ambasadorowie wypartej, a powracającej współcześnie straumatyzowanej rzeczywistości? Mam podejrzenia (pewności nie mam) i jestem ciekawa – dlatego piszę. Wiem jedno: sceną będzie polis, miasto: Warszawa podszywająca się pod resztę świata oraz świat podszyty Warszawą, a także wszystkie możliwe Wieczne Miasta, które – bezustannie i bezpowrotnie mijając, nieodmiennie jednak pozostają centrum, twardym jądrem, od którego odpada dosłownie wszystko: jako pierwszy odpada człowiek, który pojął swój czas.