Kto bywał ostatnio w Sztokholmie, ten wie, że w Fotografiska trwa właśnie wystawa AITOR ORTIZ 1995-2010 (16 grudnia 2011 – 4 marca 2012). Aitor Ortiz, uznany hiszpański artysta, zajmuje się fotografią architektoniczną, która nie dokumentuje, ale powołuje do istnienia nowe obiekty architektoniczne. Silnie przetworzone obrazy Ortiza wyczyszczone są z wszelkiej narracji oraz obecności ludzi. Tym bowiem, co „wpada” w kadr, jest nieodmiennie przestrzeń (krajobraz, obiekty architektoniczne i światło), nigdy natomiast ludzie czy ich historie.

REKLAMA
Co mnie urzekło w tym odhumanizowanym świecie, to moc obrazu, któremu niepotrzebne są wszelkie słowa (poszczególne fotografie organizowane są w cykle – nie potrzebują zatem nawet osobnych tytułów). Co się wydarza na fotografiach Ortiza? Tylko tyle, że wyabstrahowany konkret architektoniczny znaczy krajobraz (góry, skały, mgły). Wypada jednak dodać, że znaczy go totalnie: to nie są lanszafty, na których to, co zbudowane ręką człowieka, próbuje się wkomponować w naturę, zlać z nią w jedno. Przeciwnie – elementy architektoniczne, którymi gra Ortiz, pochodzą z zurbanizowanej, uprzemysłowionej nowoczesności, która – poddana całkowicie obsesji postępu – nierzadko nie nadąża za samą sobą i pozostawia swoje wytwory samym sobie
(nawet nie człowiekowi, który mógłby je jakoś zagospodarować). Działania Ortiza mają miejsce w rzeczywistości postindustrialnej, która jednakowoż nie daje się oswoić, odzyskać czy recyklować (użyć po raz wtóry). Dzieła Ortiza to spacje: puste przestrzenie dzielące czas na rozdziały i sprawiające, że wszelkie czasy (tak przeszłe, jak teraźniejsze czy przyszłe) nie istnieją inaczej niż w sferze ludzkiej (nie)możliwości.
Co przypomniały mi fotografie Aitora Ortiza? Kozubnik, który bynajmniej nie jest dziełem sztuki ani też wytworem wyobraźni artysty, stanowi bowiem jak najbardziej rzeczywiste (istniejące zresztą do dziś) szczątki ogromnego i luksusowego ośrodka wypoczynkowego dla elit PRL-u (ponoć gościł tu nawet syn Breżniewa) oraz Hutniczego Przedsiębiorstwa Remontowego (ośrodek wybudowano w latach 70., a zamknięto w r. 1996).
Współcześnie jest to ukryte w górach miasteczko-widmo, w którym ostało się tylko to, czego nie dało się złupić (głównie konstrukcje żelbetonowe i trochę gruzu). Warto pojechać! Gołym okiem widać, że w swoich czasach był to raj na ziemi: baseny, sauny, solarium, gabinet odnowy biologicznej… Wyobrażam sobie stołeczne elity pomykające wygodną „gierkówką” na wczasy: kobiety przekonane, że zatrzymają (a może i cofną) nieubłagany czas, dzieciaki nastrojone na przygody sportowe, panowie spragnieni zagranicznego koniaku.
Co łączy wykreowane przez hiszpańskiego artystę przestrzenie ze zdewastowanym miasteczkiem górskim nieopodal Bielska? Status nie-miejsca i brak. Przy czym w przypadku Ortiza jest to brak człowieka i piękna pustka wytworzona w polu (nie)możliwego. Jeśli zaś chodzi o Kozubnik, będzie to utrata znaczenia i sensu oraz totalne zniszczenie, ruina, dewastacja. Co dzieli? Tu mamy sztukę, tam życie: tu piękno, wzniosłość i nieskończoność, tam realność, upadek, skończoność. Życie przegrywa ze sztuką? Nie. Po prostu sztuka umie odnaleźć się nawet tam, gdzie właściwie nic już nie ma (i jest to, jak sadzę, największe osiągnięcie oraz spadek po nowoczesności i modernizmie). Sztuka jest spacją. Życie także jest spacją znaczącą wieczne trwanie, czyli śmierć.