Jest fajnie. Świetne dworce (Poznań Główny! Wrocław Główny! Warszawa Stadion! Warszawa Wschodnia!). Stadion narodowy, na który – owszem - wszyscy psioczyli i psioczyć będą, ale nie da się ukryć, że nasz narodowy koszyk połączył Warszawę prawobrzeżną z lewym brzegiem i zwrócił spojrzenie (mieszkańca, turysty) na Wisłę - teraz to właśnie tam, nad rzeką, dzieje się najwięcej. Dla mnie, mieszkanki Powiśla, jest to nieco zaskakująca obserwacja, bo oglądam ożywienie wokół Wisły i jej rzeczywisty renesans już od kilku sezonów. Zgodzę się jednak, że coś się zadziało. Wisła przestała być śródmiejska, zrobiła się praska, warszawska, polska, międzynarodowa (znamy plany i wiemy, że z czasem ma także stać się europejska – oby).

REKLAMA
Owszem, opozycja mówi, że całe Euro to porażka (a co ma mówić?). Owszem, w Warszawie pojawiły się na moment napisy „Chleba zamiast igrzysk”, które nie tyle popsuły atmosferę, co pokazały – także zagranicznym kibicom – że kultura polska nie samą piłką stoi (i świetnie, bo jeszcze jakiś czas temu Polskę można było spokojnie sprowadzić do wódki, zakąski, bigosu, footballu i hydraulika). Owszem, budowniczy stadionu narodowego chcieli poprzez blokadę stadionu egzekwować swoje pieniądze (nie pojmuję, jak to się stało, ale podobno firmy budujące to gniazdo dla polskich orłów zbankrutowały). Słowem, nie wyszło najgorzej, ale zawsze mogłoby być lepiej. Nie jestem rozczarowana, bo też nie miałam zbyt wielkich oczekiwań. Co prawda, uważam, że należy zlikwidować PZPN oraz siedlisko zła, które się zowie UEFA. Ale też nie mam złudzeń: bez Euro żadnego z polskich dworców za mego życia nawet by nie umyto, a już na pewno nie zbudowano by (za te pieniądze, które poszły na narodowy koszyk) ani jednego żłobka, uniwersytetu czy muzeum sztuki nowoczesnej. Bo to przecież nie jest tak, że kasa jest i źle się ją wydaje, tylko raczej jest tak, że dla Euro i na Euro kasa spada z nieba, a na inne cele nawet spod ziemi się jej nie wygrzebie. Dlaczego tak jest - to już są sprawy wyższej filozofii, bardziej zagmatwanej ekonomii i spisku, który zawiązali w dziewiętnastym wieku różnej maści kapitaliści, rewolucjoniści i supermocni z Szatanem. Interes polegał na tym, że Szatan, w zamian za urządzenie na ziemi tak zwanej nowoczesności (inna nazwa: piekiełko), obiecał supermocnym życie nieskończenie długie, piękne, spełnione i postępowe na Marsie. Mniej więcej wtedy też zaplanowano, że wiele huku zrobi się m. in. kosztem dwóch państewek, co to przykładnym małżeństwem nie są, ale jednością w ciele bywają. Uchwalono także, że się rozwiedzionemu państwu zorganizuje taką imprezę w 2012 roku, że mucha nie siada: w kilku, zaopatrzonych w zupełnie nowe lotniska miastach jednocześnie. Koniec końców, Marsjanie z Szatanem gorsze rzeczy mogli dla nas obmyśleć – zwłaszcza, że nie brakowało im inwencji w szalonym wieku XX.
Nie psioczę zatem na Euro, ale o pomstę do nieba wołam, gdy słyszę i widzę, co się mów, pisze i drukuje (np. w „Gazecie Wyborczej”) o tej biednej Ukrainie, która jest przecież nie tylko naszą sąsiadką, partnerką, kochanką, ale poniekąd także i siostrą, matką, córką – krajem związanym z Polską prawie od początku naszej państwowości. Przypomnijmy, gdzie Chrobry nie zachował się, niestety, jak dżentelmen? W Kijowie właśnie. Otóż, ze zdumieniem czytałam pełen stereotypów i krótkowzroczności ukraiński alfabet publikowany kilka tygodni temu na łamach GW. Weźmy, przykładowo, hasło „Charków”: „potężne półtoramilionowe miasto na wschodzie Ukrainy, słynące z wielkiej liczny wyższych uczelni, a w czasach radzieckich też z zakładów zbrojeniowych, będzie jednym z gospodarzy Euro 2012. Trudno powiedzieć dlaczego. Nie ma wielkowiekowej historii, nie jest nadzwyczaj piękne”. I dalej, choć już w tym miejscu odechciewa się czytać: „Pierwsza stolica sowieckiej Ukrainy. To tu komunistyczna elita ukraińska próbowała w latach 20. XX w. dokonać odrodzenia narodowego, przyjmując za dobrą monetę bolszewickie hasła o chęci zrzucenia carskiego jarzma z narodów tworzących Imperium Rosyjskie. Naiwnych ukraińskich komunistów najczęściej rozstrzeliwano albo zamęczano w stalinowskich więzieniach. W Charkowie jest cmentarz części polskich oficerów zamordowanych przez NKWD w ramach zbrodni katyńskiej w 1940 r. i kolonia karna, w której odsiaduje wyrok b. premier Julia Tymoszenko”. Tu szczęśliwie hasło się kończy, ale moje oburzenie dopiero się zaczyna. Jeśli bowiem pan redaktor nie wie, dlaczego w Charkowie będą rozgrywane mecze, to może krótka wyliczanka? Po pierwsze, Metalist Charków – nic to Panu nie mówi? Po drugie, Charków ma taki dworzec kolejowy, że my – choćbyśmy umyli, zrewitalizowali, odbudowali i pobudowali całą Polskę od nowa – nadal możemy się skręcać z zazdrości. Po trzecie, prócz Pięknej Julii, rezydują tam i pracują najlepsi artyści ukraińscy (krytyczni i zaangażowani – jak trzeba). Po czwarte, to miasto ma fantastyczne zasoby ludzie (Serhij Żadan – słyszał Pan kiedyś to nazwisko?). Po piąte, Panie Redaktorze, Charków ma historię – koszmarnie skomplikowaną i bardzo smutną, ale ma. Charków nie wziął się znikąd. Charków jest ważnym miastem: z jego historii (podobnie zresztą, jak z historii dwudziestowiecznej Warszawy) można się w mig dowiedzieć tego, jakie formacje kulturowe przewaliły się z hukiem przez wschód Europy w XX wieku, jakie utopie i sny o potędze zamajaczyły w głowie „nowego” – choć przyznać trzeba, że niezbyt udanego – człowieka. To właśnie w Charkowie w końcówce lat dwudziestych działała grupa świetnych konstruktywistów. To właśnie tu jest najdłuższy plac w Europie (Plac Wolności), na którym zorganizowano właśnie strefę kibica. Nawiasem mówiąc, nie ma tu wielkiej różnicy: my pokazujemy się na tle Pałacu Kultury, a oni na tle pomnika Lenina oraz Derzhpromu (Gospromu) – konstruktywistycznego gmaszyska, którego poszczególne elementy układają się w pierwsze takty Międzynarodówki. Byłam tam miesiąc temu: było wspaniale, Panie Redaktorze.
logo
Pomnik Lenina w Charkowie Foto:Sjors Provoost

Skoro już niektórzy postanowili się poznęcać nad Ukrainą (jeśli za Julię, to ja tego nie rozumiem, bo to nie naród ukraiński wtrącił ją do więzienia), to jeszcze słówko w obronie Kijowa (który zresztą - jak może - broni Pani Julii: miasteczko w połowie maja stało). Otóż, Kijów jest Warszawą, której nie ma, a której tak bardzo żałujemy. Kijów to miasto graniczne (w każdym, możliwym sensie). Najlepiej zresztą świadczą o tym pomniki. Stoi tu wszystko: Szewczenko, Lenin, Bułhakow, św. Michał Archanioł (patron miasta), Bohdan Chmielnicki, górująca nad miastem Matka-Ojczyzna (kijowska Statua Wolności, element Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej), pomnik przyjaźni narodów Ukrainy i Rosji, słowiańska bogini Bereginia na kolumnie Niepodległości Ukrainy, mityczni założyciele państwa, św. Olga (przy której Lady Makbet i Balladyna to miłe, choć nieco zbyt nerwowe, ciotki) i cała masa innych postumentów (jak choćby nawiązujący do tradycji ukraińskiego baroku wzniesiony niedawno pomnik Ofiar Wielkiego Głodu czy pomnik kuli ziemskiej na Majdanie). Ukraińcy lubują się w znoszeniu pomników, obalaniu pomników, bronieniu pomników (o czym świadczą stojące tu i ówdzie pomniki Lenina). Jak przeczytałam w przewodniku po Kijowie pióra Adama Dylewskiego (nota bene, przewodnik wyszedł w serii Miasta Marzeń Biblioteki Gazety Wyborczej), „Wygłaszający cierpkie komentarze pod adresem kolumny Niepodległości Ukrainy przypominają zazwyczaj, że jak dotąd żaden pomnik nie stał na centralnym placu miasta dłużej niż kilkanaście lat. Wystawiony przed siedzibą Dumy w 1913 r., ponik Stołypina już w cztery lata później zrzucono z piedestału. Odsłonięty w 1977 r. monument Rewolucji Październikowej odjechał na złom po puczu sierpniowym w 1991r. Na Majdanie stał też pomnik Karola Marksa. Prezentował się nieco komicznie, bo idol bolszewików miał jedną dłoń ukrytą w głębi surduta – żartowano, że pewnie chroni tam Kapitał. Pomnik Marksa został zdemontowany już w 1931 r”. Jeśli więc chodzi o pomniki, to Ukrainę gorąco polecam: historia naszego – wschodnioeuropejskiego światka – na jednym spacerze. Z perspektyw turysty (kibica – niech będzie) Warszawa nie jest aż taka przeźroczysta – reprezentuje własną historię, dystansując się nierzadko od historii narodu polskiego oraz od wielu zdarzeń, wątków, postaci, które współcześnie nie pasowałyby do wizerunku cywilizowanego, zachodnioeuropejskiego, demokratycznego i nowoczesnego miasta. Zniszczona, rozharatana, zburzona i odbudowana po wojnie Warszawa może zazdrościć miastu Kijów spójności architektonicznej, którą tworzą przedwojenny modernizm i późniejszy socrealizm (o wiele ładniejszy od warszawskiego) z barokiem ukraińskim (w jakieś mierze zrekonstruowanym, ale o wiele bardziej egzotycznym, bajecznym i mistycznym od baroku polskiego). Wszystko to sprawia, że Kijów jest miastem romantyczniejszym od współczesnej (eklektycznej aż po utratę stylu na rzecz nie zawsze dobrze pojętej funkcjonalności i nowoczesności) Warszawy. Do Kijowa powinno się jeździć, by wspominać, randkować, kochać i marzyć – taki Paryż na wschodzie Europy. No i te pomniki postaci, które nierzadko zupełnie odpadły od rzeczywistości, a przecież miały w swoim czasie przemożny na nią wpływ! To właśnie Ukraina – miejsce jeszcze bardziej graniczne niż Polska, miejsce, w którym żyje naród – jeśli to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej przeklęty.
Kilka dni temu, podczas ostatniego meczu z udziałem Polaków na Euro 2012, usłyszałam polskiego kibica, który stwierdził, że przed XX wiekiem Ukrainy nie było, że to twór powstały ex nihilo, dopiero co, normalnie „nówka-sztuka-nieśmigana”. Znając ignorancję i krótką pamięć Europejczyków (w tym i Polaków), może i słusznie, że oni mają tych Chmielnickich, bronią Leninów, stawiają współcześnie pomniki pogańskim boginkom! Rzecz jasna, nie przyrównuję sztuki (a już zwłaszcza sztuki krytycznej!) do państwowej polityki historycznej, lecz jeśli ktoś nie wie, nie rozumie i, co gorsza, „uważa, że”, to może nie ma innego sposobu, by dotarło, jak tylko przez usypywane bez końca cokołów (wiadomo - im większy cokół, tym więcej ofiar, a często na tychże cokołach – słusznie pieśń głosi - „nie stoi już nikt”) i stawianie na nich figur czy postaci „co najmniej ambiwalentnych”, a nierzadko zwyczajnych maszkaronów? Na warszawskiej palmie „Chleba zamiast igrzysk” i wszędzie ta europejskość, z którą oswoiliśmy się już dość dobrze, a nawet zbrataliśmy się i, koniec końców, źle nie jest (licząc po grubych, dwie dekady minęły i jeszcze kilka lat w unii – to też nie bez znaczenia). Lecz jeśli ktoś ma jeszcze ochotę odkrywać w sobie słowiańską duszę, wspominać, sentymentu łzę puścić, pieśń rzewną (dumkę, Fettinga, Okudżawę) zanucić, to do Kijowa. To tylko tam. Bo w Warszawie może się zdarzyć niemalże wszystko, ale z całą pewnością nie pojawi się tutaj Puszkin. W Warszawie wielkie narracje i mity już można tylko między bajki włożyć. A tam? Pomniki, romantyzm, nostalgia, symbole – wszystko żywe i (na szczęście / na nieszczęście) nawet nie czeka na rozbiórkę. Żeby była jasność – nie oceniam, co lepsze i doceniam to, co mamy, lecz przy okazji stwierdzam, że inne nie znaczy wcale gorsze (i doceniam to, co mają).
Ps. Ja dobrze wiem, że pana redaktora nie przekonałam. Co nam pod konstruktywizmie w czasie marnie zaangażowanym, prawda? Ale jest jeszcze jeden powód, żeby pojechać do Charkowa: tam park, a w parku kawiarnia Cristal i najlepsze lody, najsmaczniejsze koktajle na świecie. Takiego mleka w Unii Europejskiej pan redaktor nie znajdzie, bo to jest mleko poza wszelkim systemem, poza normą, poza układem: to jest mleko nienormatywne, nienormalne, nieregulowane, niezależne od korporacji, rządów światowych, Marsjan i Szatanów. Na tym mleku niejeden romantyk (by) się (jeszcze) wychował.