Jest fajnie. Świetne dworce (Poznań Główny! Wrocław Główny! Warszawa Stadion! Warszawa Wschodnia!). Stadion narodowy, na który – owszem - wszyscy psioczyli i psioczyć będą, ale nie da się ukryć, że nasz narodowy koszyk połączył Warszawę prawobrzeżną z lewym brzegiem i zwrócił spojrzenie (mieszkańca, turysty) na Wisłę - teraz to właśnie tam, nad rzeką, dzieje się najwięcej. Dla mnie, mieszkanki Powiśla, jest to nieco zaskakująca obserwacja, bo oglądam ożywienie wokół Wisły i jej rzeczywisty renesans już od kilku sezonów. Zgodzę się jednak, że coś się zadziało. Wisła przestała być śródmiejska, zrobiła się praska, warszawska, polska, międzynarodowa (znamy plany i wiemy, że z czasem ma także stać się europejska – oby).
Skoro już niektórzy postanowili się poznęcać nad Ukrainą (jeśli za Julię, to ja tego nie rozumiem, bo to nie naród ukraiński wtrącił ją do więzienia), to jeszcze słówko w obronie Kijowa (który zresztą - jak może - broni Pani Julii: miasteczko w połowie maja stało). Otóż, Kijów jest Warszawą, której nie ma, a której tak bardzo żałujemy. Kijów to miasto graniczne (w każdym, możliwym sensie). Najlepiej zresztą świadczą o tym pomniki. Stoi tu wszystko: Szewczenko, Lenin, Bułhakow, św. Michał Archanioł (patron miasta), Bohdan Chmielnicki, górująca nad miastem Matka-Ojczyzna (kijowska Statua Wolności, element Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej), pomnik przyjaźni narodów Ukrainy i Rosji, słowiańska bogini Bereginia na kolumnie Niepodległości Ukrainy, mityczni założyciele państwa, św. Olga (przy której Lady Makbet i Balladyna to miłe, choć nieco zbyt nerwowe, ciotki) i cała masa innych postumentów (jak choćby nawiązujący do tradycji ukraińskiego baroku wzniesiony niedawno pomnik Ofiar Wielkiego Głodu czy pomnik kuli ziemskiej na Majdanie). Ukraińcy lubują się w znoszeniu pomników, obalaniu pomników, bronieniu pomników (o czym świadczą stojące tu i ówdzie pomniki Lenina). Jak przeczytałam w przewodniku po Kijowie pióra Adama Dylewskiego (nota bene, przewodnik wyszedł w serii Miasta Marzeń Biblioteki Gazety Wyborczej), „Wygłaszający cierpkie komentarze pod adresem kolumny Niepodległości Ukrainy przypominają zazwyczaj, że jak dotąd żaden pomnik nie stał na centralnym placu miasta dłużej niż kilkanaście lat. Wystawiony przed siedzibą Dumy w 1913 r., ponik Stołypina już w cztery lata później zrzucono z piedestału. Odsłonięty w 1977 r. monument Rewolucji Październikowej odjechał na złom po puczu sierpniowym w 1991r. Na Majdanie stał też pomnik Karola Marksa. Prezentował się nieco komicznie, bo idol bolszewików miał jedną dłoń ukrytą w głębi surduta – żartowano, że pewnie chroni tam Kapitał. Pomnik Marksa został zdemontowany już w 1931 r”. Jeśli więc chodzi o pomniki, to Ukrainę gorąco polecam: historia naszego – wschodnioeuropejskiego światka – na jednym spacerze. Z perspektyw turysty (kibica – niech będzie) Warszawa nie jest aż taka przeźroczysta – reprezentuje własną historię, dystansując się nierzadko od historii narodu polskiego oraz od wielu zdarzeń, wątków, postaci, które współcześnie nie pasowałyby do wizerunku cywilizowanego, zachodnioeuropejskiego, demokratycznego i nowoczesnego miasta. Zniszczona, rozharatana, zburzona i odbudowana po wojnie Warszawa może zazdrościć miastu Kijów spójności architektonicznej, którą tworzą przedwojenny modernizm i późniejszy socrealizm (o wiele ładniejszy od warszawskiego) z barokiem ukraińskim (w jakieś mierze zrekonstruowanym, ale o wiele bardziej egzotycznym, bajecznym i mistycznym od baroku polskiego). Wszystko to sprawia, że Kijów jest miastem romantyczniejszym od współczesnej (eklektycznej aż po utratę stylu na rzecz nie zawsze dobrze pojętej funkcjonalności i nowoczesności) Warszawy. Do Kijowa powinno się jeździć, by wspominać, randkować, kochać i marzyć – taki Paryż na wschodzie Europy. No i te pomniki postaci, które nierzadko zupełnie odpadły od rzeczywistości, a przecież miały w swoim czasie przemożny na nią wpływ! To właśnie Ukraina – miejsce jeszcze bardziej graniczne niż Polska, miejsce, w którym żyje naród – jeśli to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej przeklęty.
