Jak przystało na wymagający wiek XX, Laura (Riding) Jackson była totalna, nieustępliwa, pewna siebie, skomplikowana, nieoczywista, wewnętrznie sprzeczna, silna, apodyktyczna, genialna, konkretna, choć współcześnie już nieuchwytna. Urodziła się w 1901 roku. W międzywojniu zdążyła wyjść za mąż, rozwieść się, napisać kilka książek z awangardową poezją oraz modernistycznymi opowiadaniami, opuścić rodzinny Nowy Jork, zamieszkać w Londynie z rodziną Roberta Gravesa, spektakularnie „wyjść” przez okno z niewygodnej sytuacji, jaką był czworokąt małżeński, założyć z Gravesem małe wydawnictwo na Majorce, wrócić do Stanów, wreszcie – zerwać raz na zawsze z poezją. Spektakularnie, szybko, w tempie epoki – należy jednak dopowiedzieć, że Riding nie była wcale awanturnicą ani tym bardziej skandalistką. A jednak.
Ale to jeszcze nie koniec. Laura nie poprzestaje. Wychyla się jeszcze bardziej. Jest radykalna. Kiedy więc w 1925 roku nieznany jej wcześniej mężczyzna (Robert Graves) zachwycił się jej twórczością i zaprosił ją do Londynu, ona rzuciła wszystko i z dnia na dzień wsiadła na statek, którym popłynęła na drugą półkulę. Między Laurą, Robertem i Nancy (żoną Gravesa), zaistniał zresztą dość niekonwencjonalny układ („małżeństwo trojga”), który z powodzeniem przetrwał kilka lat. Niestety, w 1929 roku atmosferę zagęściło i popsuło pojawienie się „czwartego” - młodego irlandzkiego poety. Sprawy skomplikowały się na tyle, że Laura postanowiła „wyjść” z nieznośniej sytuacji. Wstała zatem i wyszła – oknem (drugie piętro). Pisarka nigdy nie nazywała tego próbą samobójczą – uparcie twierdziła, że było to po prostu jakieś wyjście. Jak na osobę radykalną przystało, umiała przekraczać granice dla innych zupełnie nieprzekraczalne. Coś w tym wszystkim jest nieludzkiego. To prawda. Zresztą, prawdziwie awangardowy gest nieodmiennie jest nie-z-tego-świata, ponieważ występuje przeciwko wszystkiemu, co tworzy zastaną rzeczywistość. Prawdziwie nowe powinno być zjawiskowe, „zaświatowe”, nieoswojone jeszcze przez człowieka (właśnie nie-ludzkie). To, co przychodzi skądinąd, jest więc niekonkretne, niedefiniowalne. To bardziej atmosfera, powiew nowego. „Wszystko, co choćby minimalnie kojarzyło się z panią Port-Harptpani – czytamy w opowiadaniu Laury Riding Rzeczywistość jako Port Hartpani – było przesycone jakimś niezwykłym aromatem i niewymownym wrażeniem tej doskonałości, którą ludzie natychmiast zaczynali traktować, żeby tak rzec, jak swoje drugie ja. Ludzie mieszkający w domach pani Port-Hartpani przez chwilę byli panią Port-Hartpani. Byli całkiem doskonali i – podobnie jak ona – doskonali fałszywie. Ale fałsz nie miał żadnego znaczenia, dopóki byli tacy doskonali. Doskonałość pani Port-Hartpani była permanentna; fałsz tkwił tylko w tym, że pani Port-Hartpani tak naprawdę nie istniała”. Prawdziwa awangardowość jest gestem na tyle radykalnym, że znosi granice pomiędzy tym, co jest, a tym, czego (jeszcze) nie ma; tym, co rzeczywiste i tym, co nierzeczywiste; tym, co możliwe i niemożliwe. Jak długo jednak można wytrzymać na tak niewyraźnej, a jednocześnie tak radykalniej pozycji? Doświadczenie licznych awangard mówi, że krótko. Dalej jest poetyka. Laura Riding nie chciała takiej poezji. Sadzę, że ją interesowała tylko tajemnica. Prawdziwa doskonałość to tajemnica. Kiedy ją się wyjawi, czar pryska. Przychodzi więc taki moment, gdy należy zamilczeć, bo jedyne, co jeszcze można, to opowiadać historie (Mit). W 1938 roku Laura Riding ostatecznie więc zrywa z poezją.
W 1941 roku bierze ślub z pisarzem Schuylerem B. Jacksonem. Wówczas ostatecznie znika jako Laura Riding (to nazwisko było zresztą pseudonimem przybranym na okoliczność publikacji wierszy, bowiem z domu nazywała się Laura Reichenthal, a po pierwszy mężu – Gottschalk) i zaczyna funkcjonować jako Laura (Riding) Jackson, biorąc w ten sposób w nawias całą swoją przeszłość związaną z literaturą. Niegdysiejsza poeta nie pozwala na przedruki swoich wierszy, a powody zerwania z poezją wyjaśnia dopiero w 1962 roku we Wstępie do audycji (radiowej): „Przez wiele lat zapobiegałam zainteresowaniu moimi wierszami, z których żaden nie powstał później niż utwory opublikowane w tomie Collected Poems w roku 1938. Ostatnie wiersze tomu stanowiły zwieńczenie długich badań nad możliwością takiego użycia słów w poezji, aby prawdziwy głos i prawdziwa myśl były w nich obecne. Gorliwie wierzyłam, że poezja umożliwi posługiwanie się słowami w taki sposób – w sposób, który jeszcze nigdzie nie został urzeczywistniony – najzupełniej. Jednak po roku 1938 ujrzałam poezję w innym świetle, i to do tego stopnia, że wydała mi się szkodliwym elementem naszego życia językowego. […] W moich wierszach byłam bliska osiągnięcia prawdziwości intonacji i bezpośredniej obecności myśli w słowie. Jednak wszystko, co zdołałam w tej dziedzinie osiągnąć, zawsze znikało wessane przez wir poetyckiej sztuczności i jej obezwładniające wymogi, wymogi wzorców rytmicznych i harmonijnej gry dźwięków, wypaczające naturalne właściwości intonacji i słowa”. Tak oto Laura (Riding) Jackson przyznała się do błędu. Przyznała, że między poezją a prawdą nie może zachodzić stosunek odpowiedniości i przyległości, gdyż pierwsza stanowi sztukę, a druga – rzeczywistość. „Nauczyłam się, że język nie poddaje się w naturalny sposób wymaganiom poetyckiego stylu, lecz ulega zniekształceniu, kiedy jest doń przystosowywany; że jedyny styl, który zapewnia naturalny i pomyślny użytek ze słów, to styl prawdy, zasada prawdziwości głosu i myśli przestrzegana w każdej najdrobniejszej cząstce mowy; że jeśli praktykowanie stylu prawdy ma stać się teraźniejszością, poezja musi należeć do przeszłości”.
Cokolwiek postanowiła Laura Riding, było to zawsze totalne, radykalne i jednocześnie daremne, beznadziejne. Laura nie była jednak naiwna. Przeciwnie, przemawiał przez nią geniusz: coś radykalnie innego, przedosobowego. Riding zrezygnowała z sobie i zawierzyła geniuszowi. Odcięła się od tego, co męskie, indywidualistyczne, podmiotowe. W tym geście również była poniekąd awangardowa. Podmiot już się natrudził. Od wielu dekad w pojedynkę robi dosłownie wszystko: jest jednocześnie alfą i omegą, początkiem i kresem, możliwością i niemożliwością. Nie sposób się dziwić, że współcześnie usilnie zabiega, by odesłać go wreszcie do lamusa. Zakończę dłuższym cytatem z cytowanego już opowiadania Rzeczywistość jako Port-Hartpani (mojego ulubionego): „Oprócz bycia opowiadaniem – czyli czymś w dużej mierze nieprawdziwym – opowieść jest tu także czymś, co zastępuje rzeczywistość. W ten sposób wy zachowujecie swój czar, a ja mój: naszych twarzy nie wykrzywia grymas beznadziejnej namiętności wywołanej jakość beznadzieją przygodą. Ja wam daje fałszywe podniecenie, jakiego ode mnie oczekujecie, bynajmniej nie zmuszając was, abyście zgłębiali problemat, który niniejsze opowiadanie wykłada li tylko w formie słabego roztworu filozoficznego. A wy dajecie mi – a co wy mi dajecie? Czy zgodzimy się, że dajecie mi – ach, czego pragnę najbardziej? Przede wszystkim pragnę spokoju – żeby mnie zostawiono w spokoju, chyba że wy możecie wynieść jakość korzyść z zakłócenia mojego spokoju albo że ja mogę na tym skorzystać. Nie mam nic przeciwko temu, żeby was poczęstować filiżanką herbaty, jeśli tylko tego chcecie. Ale nie lubię, gdy zmusza się mnie do rozmowy o naprawdę ważnych rzeczach, jeśli tak naprawdę chodzi tylko o herbatę. To jest nieuczciwe, zgodzicie się, skoro interesują mnie wyłącznie naprawdę ważne rzeczy: nawet proponowanie wam herbaty jest nieuczciwością z mojej strony. Ale taki jest mój sposób na zrozumienie wszystkiego, również filiżanki herbaty. Rozumienie wszystkiego jest moim sposobem na samotność, przy czym ów sposób nie wymaga, abym przez cały dzień siedziała zamknięta w swoim pokoju”. Riding opublikowała to w tomie Progress of Stories z 1935 roku. Wówczas te sprawy były zaledwie przeczuciem, atmosferą. To zrobiła osoba? To geniusz, drzwi na oścież otwarte. To tajemnica.
