Misiu Fisiu lubi wiatraczki, wełniane czapy i w ogóle jest bardzo wspaniały. Misiu Fisiu nie zna się na pisaniu (nie musi – ma sekretarza, Misia Foremkę), lecz dzięki temu łapie rzecz samą w sobie: odpakowaną, nawet bezkształtną, nierzadko pozbawioną przypisywanego jej sensu czy celu. Przykładowo, co myślał o globusie Misiu Fisiu, Miś Foremka zapisał tak: „Pewien chłopiec lubił spędzać czas ze swoim globusem. Nie szukał na nim państw ani miast, ani gór, ani rzek, ani oceanów. Po prostu nim kręcił”.

REKLAMA
Misiu Fisiu spostrzega, mówi, dyktuje, a Miś Foremka zapisuje i – paradoksalnie – kształtując w języku, odkształca, albo nawet zniekształca („Niewykluczone, że Miś Foremka czasem coś przekręci i zapisze nie tak, jak Misiu Fisiu powiedział. Ale to chyba nie zdarza się często. Foremka we wszystkim, co robi, jest bardzo dokładny”). Miś Foremka dba o kształt i formę – stara się zatem, żeby bajeczki Misia Fisia były „w sam raz. Takie akurat”. To bardzo ważne, bo sam Misiu Fisiu, aby pozostać blisko tego, co rzeczywiście jest, musi być niepiśmienny (odłączony od pisma, niezwiązany i nieskrępowany regułą, tradycją, konwencją, normą czy oczekiwaniem). Tylko w ten sposób, dłubiąc bułeczkę, może Misiu Fisiu podsunąć Misiowi Foremce myśli, w których zawiera się coś z prawdziwego, czyli nierzadko nieoczywistego, nierozstrzygalnego i niepojmowalnego życia. Bo życie nie jest czarno-białe, bo życie to nie bajka. Dlatego bajki Misia Fisia są jednocześnie smutne i pogodne: „Zupełnie jak deszcz: kiedy pada, jest nudno i przyjemnie”, i dalej, „I jak niebo: niby niebieskie, a właściwie nie wiadomo jakie”.
logo
„Bajki Misia Fisia” napisał krakowski poeta Wojciech Bonowicz, a zilustrował znany muzyk – Bartek „Fisz” Waglewski (Znak Emotikon, Kraków 2012). Bajeczki Misia Fisia są czymś na tyle nieoczywistym i niekonwencjonalnym, że sam autor postanowił dopomóc czytelnikom w rozpoznaniu ich gatunkowości: „Może ktoś z Was powie: to wcale nie są bajki, tylko jakieś powiedzonka! Albo: to takie małe historyjki, małe prózki, żeby było weselej. Dla Misia Fisia małe prózki to właśnie bajki, od których robi się trochę weselej. Weselej, czyli lżej”. Rzecz jasna, dziecku jest wszystko jedno: prózki, bajeczki, historyjki, cokolwiek byle było weselej, lżej. Mnie wszystko jedno nie jest i nie bardzo rozpoznaję propozycję Bonowicza jako prózki, historyjki, powiedzonka, bajeczki. Moim zdaniem, jest to poezja: wierszyki – owszem - bez rymów, ale przecież współczesna poezja rymem wcale nie stoi i nikt nie potrzebuje tego rodzaju wyznaczników, by rozpoznać, że coś jest/nie jest właśnie poezją! I jeśli piszę, że dla mnie to ma znaczenie, to chodzi mi tylko o to, iż książeczka Bonowicza może stanowić wczesne spotkanie z poezją współczesną. Kontemplacyjność (nierzadko jednak pozbawiona konkluzywności), nieoczywistość, nierozstrzygalność, brak puenty czy morału, niereferencjalność, notacje śladów obecności czy rzeczywistości w formie epifanii – wszystkie te rzeczy żywo obecne są w pisanej współcześnie poezji, choć z pewnością nie ułatwiają czytelnikowi procesu czytania i rozumienia. I to jest właśnie ta niezrównana wartość bajeczek Bonowicza: autor nie broni najmłodszego czytelnika przed hermetycznością literatury współczesnej. Co więcej, właśnie takie – pozornie niezrozumiałe, osobne i nieoczywiste – utwory prezentuje dzieciom, otwierając je tym samym na piękno języka pozbawionego klisz i pustych liczmanów oraz nieoczywistość językowych zdarzeń, które u Bonowicza dzielnie opierają się popadaniu w schemat, konwencję, milusińską swojskość. Twórca Misia Fisia zaprasza dzieci do lektury tekstów, z których często nie wynika nic znajomego czy spodziewanego. W efekcie, świat przedstawiony nie jest światem obłaskawionym, ugrzecznionym, podbitym czy przyciętym do kształtu możliwego do przyjęcia: „Była księżniczka, która często płakała. Różni kawalerowie chcieli się z nią ożenić z powodu pieniędzy jej ojca. Płakała, płakała, aż w końcu zaczęła nienawidzić”. A w prózce „Fotel”: „Pewien chłopiec skakał i skakał po fotelu swojego dziadka. W końcu fotel się zapadł i chłopiec wpadł do środka. Dziadek był zły, smutny i prosił babcię, żeby go nie pocieszała”. Świat jest, jaki jest. Nic się w nim samo nie wyjaśni, nie rozwiąże, zaś marzenie o czarodziejskiej różdżce jest po prostu naiwne. Bywają przykrości, na które po prostu nie ma rady (ani tym bardziej łatwego pocieszenia), a które trzeba jakoś znieść i wcale niekoniecznie z godnością, dystansem, stoickim spokojem: „Drzewo rosło nad urwiskiem. Bez lęku patrzyło w przepaść. Czasem ptaki szybowały ponad nim, czasem pod nim. A raz złapało człowieka, który pomylił sobie kierunki: zamiast skoczyć w górę, rzucił się w dół”.
logo
W książeczce Bonowicza dzieciństwo nie stanowi dziedziny wyabstrahowanej z rzeczywistości - idealnej, idyllicznej. Więcej nawet, podobnie jak życie dorosłych, jest to czas lęków, smutków, radości, oczekiwań, rozczarowań, marzeń, pragnień oraz zawodów. Wojciech Bonowicz zdejmuje klosz, bo przecież nierzadko nie służy on żadnej ochronie, a jedynie skrępowaniu wyobraźni dziecięcej i łatwemu, próżnemu pocieszeniu. Wszak całe życie oswajamy się z tym, co jest (każdego dnia na nowo – także w dzieciństwie, choć nigdy raz na zawsze): „Duża rzeźba i mała dziewczynka. Rzeźba przedstawia półnagiego pana, który w jednej ręce ma sieć, a w drugiej trójząb. Dziewczynka się go nie boi, ale byłoby lepiej, gdyby na głowie pana usiadł ptak. Na głowie albo na trójzębie”. Troszkę to wszystko smutne, prawda? Wolelibyśmy myśleć o czasach dzieciństwa z dostojną nostalgią. Wolelibyśmy wierzyć, że przykrości, jakie nas kiedyś spotkały, nigdy nie staną się udziałem naszych dzieci. No tak. Ale przecież są także jasne strony: słodkie jabłka, smak szkolnej kredy, siła fantazji, oddane psy, śmiejące się konie, rozkoszne dłubanie bułeczki i lalki zadowolone z mięciutkich ciał swoich opiekunek. Zresztą, Misiu Fisiu, choć ściąga klosz, to jednak nie puszcza dzieci samopas. Czasem bowiem zdarza się w jego utworach coś, co dobrze znamy z naszych dziecięcych czytanek: nauczka, która jednakowoż u Bonowicza nie odrzuca, lecz rzeczywiście działa, przyciąga, przejmuje, nie pozwala o sobie zapomnieć. Jak choćby w utworze „Las”: „Dziewczynka zgubiła się w lesie. Płakała, bo nie posłuchała rodziców. Teraz musiała słuchać lasu”. Z Misiem Fisiem dzieci nie wybiorą się na wielka przygodę, ale odkryją coś w sobie. Nie uśmieją się do łez, lecz zrozumieją (być może) swoje własne łzy. Dzięki Misiowi Fisiowi zrobi się w końcu lżej, czyli weselej, bo tak ładnie mówi o trudnych sprawach i tych wszystkich miejscach, w których ludzie zwykli się gubić i mylić: „Starszy pan się rozpłakał: «Przez te wszystkie lata zbierałem znaczki, a listy wyrzucałem»”. Któż z nas nie ma na koncie tak strasznych (i w gruncie rzeczy nieodwracalnych) pomyłek?