“Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy przyjaciel zabrał go ze sobą do Smoleńska, żeby pokazać mu wrak.” – Tak mogłaby się zaczynać opowieść o współczesnej Polsce; jakże prawdziwa.
REKLAMA
Od jakiegoś czasu realizm magiczny przestał być w Polsce domeną literatury, a stał się zasadą życia. Magiczna rzeczywistość zawitała nad Wisłę na dobre. Obecnie realistami magicznymi jesteśmy wszyscy. Oczywiście niektórzy mniej, inni bardziej. Jarosław Gowin – na przykład - bardziej
Dlatego Polska na miejsce akcji latynoamerykańskiej magicznej powieści nadaje się jak żaden inny kraj. To, że sąsiaduje z Niemcami, Czechami, czy – przez morze - ze Szwecją, a nie jest - dajmy na to - wciśnięta między Kolumbię i Peru – wydaje się być w rzeczy samej wielką omyłką Pana Boga.
Polska jest (zawsze była!?) przecież “zastrzeżonym terenem, przestrzenią samotności i zapomnienia, niedostępną niszczycielskiemu działaniu czasu i obyczajom ptaków”, gdzie od zawsze straszy – m.in. toruńskiego ojca Nicanora – jakiś “duch Prudencia” - obecnie gender.
Naszym nadwiślańskim Melquiadesem jest oczywiście Antoni Macierewicz, który “pomimo swojej ogromnej wiedzy i posiadania tajemnic, jest na wskroś ludzki, związany z ziemią, nieobcy problemom dnia codziennego”. A jeżeli Melquiadesem jest Macierewicz, to chyba nie muszę mówić, kto jest Buendią, który “zorganizował trzydzieści dwa zbrojne powstania i wszystkie przegrał (…), wyszedł cało z czternastu zamachów, siedemdziesięciu trzech zasadzek i sprzed wycelowanych w niego karabinów plutonu egzekucyjnego (…)” ponadto “odmówił przyjęcia Orderu Zasługi, przyznanego mu przez prezydenta Republiki”.
Obok wyraźnych, silnych i dobrze nakreślonych męskich protagonistów są w naszym białoczerwonym Macondo także postaci kobiece. I tak - dla przykładu - niepocieszonej Fernandzie Pawłowicz, według której “drzwi wynaleziono po to, żeby je zamykać, a to, co się dzieje na ulicy, może być ciekawe tylko dla ulicznic “- nie podoba się europejska szmata. Rozumne to i przenikliwe. Zaprawdę: rozumne i przenikliwe. Dlatego teraz “chodzi tam i z powrotem po wszystkich pokojach, lamentując, że ją wychowano, jak królową, po to, żeby skończyła, jako służąca w domu wariatów (Europie – przyp. KB.)” z premierem “próżniakiem, bezbożnikiem”, Kaszubem. i “libertynem, który cały dzień leży do góry brzuchem, aż chleb zacznie spadać z nieba”. Nawet tutaj - jak widać - Fernanda łatwego życia nie ma. Smutna z niej bohaterka. Zresztą wszyscy bohaterowie naszych "Stu lat samotności" są przesiąknięci trudnym do zdefiniowania smutkiem...
Niestety powieść o Polsce nie będzie miała szczęśliwego zakończenia. Bo przecież realizm magiczny jest jednak ponad wszystko realizmem, a magia nie zapewnia happyendów.
Metafizycznym paradygmatem wszechświata (na którym zresztą budujemy naszą tożsamość) jest przecież to, że Polska zawsze i wszędzie bierze w dupę. Tak było i niestety tak będzie - bo tak być musi. Tego wymaga kosmiczna równowaga. Stąd też w białoczerwonym Macondo wszystko zmierza w jednym – dawno już zapisanym – kierunku. Mniejsze katastrofy są przepowiednią większej. Nawet sukcesy zwiastują klęskę – bo przecież suma szczęścia zawsze musi równać się zero.
W Polsce po prostu nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło; ani tego złego co by również na złe nie wyszło. Po prostu “plemiona skazane na sto lat samotności” nie dostają drugiej szansy na ziemi.
