
W sobotę wybraliśmy się do Teatru Małego Widza na spektakl pt. „Warzywa są z kosmosu”. Przedstawienie dla widzów w wieku 1-5. Miejsce znamy doskonale, tym razem temat wspólny dla mamy i dziecka. I od 3 dni zastanawiam się, co o tym spektaklu mam sądzić...
REKLAMA
Doświadczenie pokazuje, że im dzieci są bardziej „zaznajomione” z warzywami, obcują z nimi w różnej formie, poznają je – tym chętniej będą je jeść.
Znani nam już z innych spektakli aktorzy: Bartek Adamczyk i Arkadiusz Wrzesień bardzo powoli i nienachalnie wprowadzają dzieci do swojego świata. Prezentują im różne warzywa, które leżą wystawione jak na straganach i zwisają z sufitu. Bardzo dobre światło i dobrana muzyka porywają dzieci od pierwszej minuty.
Siedzący obok nas chłopiec wariował na widok żółtej cukinii i wołał jak w obłędzie:
– Mamo, daj mi proszę tego banana! Mamo, teraz chcę zjeść tego banana!
Ponieważ mama nie specjalnie przejmowała się faktem, że jej synek zagłusza wszystkie dźwięki padające ze sceny, myślałam, że nieco ostudzę jego zapał szepcząc do niego – to cukinia. Niestety.
- Moja cukinia! Mamusiu! Poproszę cukinię i bakłażanka!
– Mamo, daj mi proszę tego banana! Mamo, teraz chcę zjeść tego banana!
Ponieważ mama nie specjalnie przejmowała się faktem, że jej synek zagłusza wszystkie dźwięki padające ze sceny, myślałam, że nieco ostudzę jego zapał szepcząc do niego – to cukinia. Niestety.
- Moja cukinia! Mamusiu! Poproszę cukinię i bakłażanka!
W zasadzie powinnam się cieszyć, słysząc tak niespotykane słowa wypowiadane z ust trzylatka. Na szczęście entuzjazm dziecka z czasem nieco przygasł. Tymczasem jednak na scenie zaczęło się niszczenie rekwizytów. I to właśnie ta ilość zmarnowanego jedzenia nie daje mi spokoju.
Bohater przychodzi do fryzjera, zamiast włosów ma sałatę, którą to fryzjer całą mu z głowy zrywa. Klient z łysiny nie jest zadowolony, więc fryzjer kładzie mu pęczek koperku na głowie. A potem jeszcze pietruszkę. Wszystkie te zieleniny zostają podarte w strzępy i rzucone na podłogę – niby takie strzyżenie. Nie chcę zdradzać fabuły, ale inne warzywa też czasem lądują na ziemi lub są wykorzystywane do budowy różnych rzeczy, chociażby rakiety. Aż w scenie finałowej, kiedy to dzieci zapraszane są do zabawy na scenie, panowie wysypują skrzynkę rzodkiewek i pokrojonej na kawałki marchewki zachęcając do nadziewania warzyw na patyczki i robienia różnych konstrukcji. Oczywiście jadalnych. To budzi już moje zaniepokojenie, niesmak, a wręcz lekkie oburzenie.
Oczywiście dzieci zjadały te warzywa z podłogi, po której wszyscy chodziliśmy w butach. A ja nie wiem czy cieszyć się z tego czy nie. Daleka jestem od higienicznego obłędu, nie sądzę jednak, aby był to najlepszy przykład dawany dzieciakom. Zabawę jedzeniem, budowanie jadalnych konstrukcji – uważam za ciekawe zajęcie. Jednakże marnowanie jedzenia, nieuczenie poszanowania go – to już poważny mankament. Bo dlaczego można w teatrze rzucać rzodkiewkami, a w domu już nie? A co z tymi wszystkimi rozdeptanymi warzywami, których nikt nie wykorzystał do budowania konstrukcji lub nie zjadł ich potem?
Teraz na myśl przychodzi mi scenografia spektaklu „Golgota picnic” – nie chcę tu wdawać się w kwestie światopoglądowe - wiemy czym może to grozić, dostrzegam jednak nieco większy sens w obsypaniu podłogi bułkami od hamburgerów niż zabawą krojoną marchewką.
Podsumowując – uczmy dzieci obcowania z jedzeniem, pokazujmy im warzywa w każdym aspekcie, włączajmy je nawet jako element zabawy, ale przekazujmy również podstawową wartość, jaką jest poszanowanie żywności. Nie dlatego, że dzieci w Afryce nie mają co jeść – taki argument jest zbyt abstrakcyjny. Uczmy je poszanowania dlatego, że ktoś namęczył się, żebyśmy mieli coś jeść. Rolnik, który rzodkiewkę siał, podlewał, zbierał i sprzedawał wykonał ciężką pracę, a my nie możemy jej tak sobie rzucać pod buty.
Abstrahując jednak od moich wątpliwości, na spektaklu bawiliśmy się świetnie i robiliśmy furrorę jedząc na Starym Mieście „rzodkiewkowe lizaki”.
