
Jesteśmy w sanatorium dla dzieci. Prywatnie, tylko na kilka dni. Ocieram się o inny świat. Większość osób jest tu na skierowanie z NFZtu, na trzytygodniowy turnus. Jestem prawdopodobnie mocno spaczona – dużo podróżuję, zatrzymuję się w dobrych hotelach. Tu dojechałam i….
REKLAMA
Pan portier na kalkulatorze wylicza ile za mnie i za Syna – jak powiem - skłamię, że trzylatek, to dużo mniej. Stoi przed nim wprawdzie terminal do kart płatniczych i na drzwiach jest naklejka sugerująca możliwość bezgotówkowych transakcji – to podpucha. Tylko gotówka. Nie mam tyle – zapłacę jutro w kasie.
Na oddziale dostaję klucz do pokoju – o płacenie nikt nie pyta. W poniedziałek poszłam do kasy – ale bez meldunku. Rany ludzie, co to meldunek?! Wracam na oddział, kilka metrów podziemnym korytarzem i 2 piętra w górę – można się zgubić, ale daję radę. Pielęgniarka wypisuje meldunek dla mnie, mam z nim iść do kasy. Ale teraz mam wizytę lekarską – Synek zdrowy, możemy chodzić na basen solankowy, inhalacje, naświetlania lampą, która podnosi odporność. Ale musimy się umówić w dziale ewidencji – piętro w dół, korytarze podziemne, piętro w górę – źle wyszliśmy, z powrotem, piętro w dół, korytarzem, piętro w górę – udało się. Wchodzimy, tej Pani co to się tym zajmuje nie ma – informuje jej koleżanka, ale mam zaczekać. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Koleżanka w zasadzie też może nam pomóc, obdzwania basen, inhalatornię i gabinet fizjoterapeutyczny – umawia nas na godziny zabiegów. To razem będzie tyle i tyle. Kartą? No nie, nie można. Bo już wydrukowała kwitek, że gotówką. Nikt tu kartą nie płaci... No to płacę gotówką. Mam nadzieję, że wystarczy mi na noclegi. Idę na zabiegi. Pani z inhalatorni, która wiedziała, że idziemy z rozmowy telefonicznej z Koleżanką, której podała jakąś godzinę – kreśli mi na kartce. Woli inną godzinę. Okej. Ale chce karteczkę. Tę, na której mam wszystkie skierowania i pieczątkę „opłacone”. Oddać jej nie mogę. Problem… No ale zapisze w zeszyciku. Idę na basen. Od jutra mam przychodzić jednak później. Woda zimna. „Jak się Pani rusza to cieplej”. Ja rozumiem, ale to dla dzieci. Syn się rusza, a ja asekuruję go i jak mam się ruszać w takiej wanience? Zresztą dzieciom też zimno – wszystkie mówią to samo. Trudno. Hartujemy się. No i naświetlania. Też mamy chodzić na inną godzinę i też Pani chce tę naszą bezcenną karteczkę. Nie mogę wejść do gabinetu, Stasiu potem opowiada, że siedział obok Pana, który ma dwójkę dzieci więc rozmawiali sobie.
I o czym rozmawialiście, Synku?
No opowiadałem mu o moich dzieciach.
Masz dzieci?
Mam, trzynaście. Wszystkie mówią do mnie tato. Do Misia Patysia też.
Na oddziale dostaję klucz do pokoju – o płacenie nikt nie pyta. W poniedziałek poszłam do kasy – ale bez meldunku. Rany ludzie, co to meldunek?! Wracam na oddział, kilka metrów podziemnym korytarzem i 2 piętra w górę – można się zgubić, ale daję radę. Pielęgniarka wypisuje meldunek dla mnie, mam z nim iść do kasy. Ale teraz mam wizytę lekarską – Synek zdrowy, możemy chodzić na basen solankowy, inhalacje, naświetlania lampą, która podnosi odporność. Ale musimy się umówić w dziale ewidencji – piętro w dół, korytarze podziemne, piętro w górę – źle wyszliśmy, z powrotem, piętro w dół, korytarzem, piętro w górę – udało się. Wchodzimy, tej Pani co to się tym zajmuje nie ma – informuje jej koleżanka, ale mam zaczekać. Czekamy. Czekamy. Czekamy. Koleżanka w zasadzie też może nam pomóc, obdzwania basen, inhalatornię i gabinet fizjoterapeutyczny – umawia nas na godziny zabiegów. To razem będzie tyle i tyle. Kartą? No nie, nie można. Bo już wydrukowała kwitek, że gotówką. Nikt tu kartą nie płaci... No to płacę gotówką. Mam nadzieję, że wystarczy mi na noclegi. Idę na zabiegi. Pani z inhalatorni, która wiedziała, że idziemy z rozmowy telefonicznej z Koleżanką, której podała jakąś godzinę – kreśli mi na kartce. Woli inną godzinę. Okej. Ale chce karteczkę. Tę, na której mam wszystkie skierowania i pieczątkę „opłacone”. Oddać jej nie mogę. Problem… No ale zapisze w zeszyciku. Idę na basen. Od jutra mam przychodzić jednak później. Woda zimna. „Jak się Pani rusza to cieplej”. Ja rozumiem, ale to dla dzieci. Syn się rusza, a ja asekuruję go i jak mam się ruszać w takiej wanience? Zresztą dzieciom też zimno – wszystkie mówią to samo. Trudno. Hartujemy się. No i naświetlania. Też mamy chodzić na inną godzinę i też Pani chce tę naszą bezcenną karteczkę. Nie mogę wejść do gabinetu, Stasiu potem opowiada, że siedział obok Pana, który ma dwójkę dzieci więc rozmawiali sobie.
I o czym rozmawialiście, Synku?
No opowiadałem mu o moich dzieciach.
Masz dzieci?
Mam, trzynaście. Wszystkie mówią do mnie tato. Do Misia Patysia też.
Wracamy do pokoju, dogania nas pielęgniarka, która wypisywała meldunek. Zapomniała o zameldowaniu dziecka. Wypisuje drugi. Idę do kasy, jest zamknięta. Powinna być czynna, ale nikogo nie ma. Wrócę po obiedzie, bo jest już 12:15 – trzeba iść do stołówki. Po posiłku do kasy – w końcu płacę –tylko gotówką. Pani piszę potem na ‘meldunku’, że opłacone – mam pokazać pielęgniarce – nie pokazałam. Ciekawe co się stanie. Podczas tych „biegów z przeszkodami” odkrywam kartkę, z reklamą, że można tu mieć internet. Ale trzeba kupić kod. W kawiarence. Gdzie u licha jest kawiarenka? Po dwóch dniach znalazłam, ale okazało się, że już teraz nie kupuje się w kawiarence tylko u portiera. Pal sześć.
Jesteśmy w Rabce, po obiedzie o 13 ruszamy na powietrze. Park, plac zabaw i obowiązkowo teatrzyk. Wracamy po 5 godzinach. Podczas kolacji opowiadamy – wszyscy się dziwią, że tak aktywnie.
Następnego dnia przy obiedzie zaczepia mnie pani w białym kitlu – za posiłki nie zapłaciłam. Jak to? No za posiłki oddzielnie, u niej w pokoiku. Idę do jej pokoiku. Ona pyta czy może jednak płaciłam. U niej nie płaciłam, ale może wtedy w księgowości…? „Może, może… zadzwonię i się dowiem”. Dzwoni, dzwoni…. Mówię jej ile płaciłam – licząc, że stawki są jakieś konkretne, ale ona nie wie. Dzwoni, dzwoni… Nie płaciłam. To płacę. I ruszamy znowu – park, muzeum zbójników i górali – ach jak polecam to miejsce! I teatrzyk. Bo codziennie grają inny spektakl. Padam ze zmęczenia wieczorami razem ze Stasiem. Inni pensjonariusze nie mogą się nadziwić. Witają nas na kolacji pytając: a co dziś robiliście? Muzeum? Och to za daleko, 1,5 km… Teatrzyk… ponad kilometr…. Przecież można iść tu na plac zabaw, albo zaprowadzić dziecko do przedszkola! I w sklepie z pamiątkami kupić ciupagę – jak w muzeum…
Jesteśmy w Rabce, po obiedzie o 13 ruszamy na powietrze. Park, plac zabaw i obowiązkowo teatrzyk. Wracamy po 5 godzinach. Podczas kolacji opowiadamy – wszyscy się dziwią, że tak aktywnie.
Następnego dnia przy obiedzie zaczepia mnie pani w białym kitlu – za posiłki nie zapłaciłam. Jak to? No za posiłki oddzielnie, u niej w pokoiku. Idę do jej pokoiku. Ona pyta czy może jednak płaciłam. U niej nie płaciłam, ale może wtedy w księgowości…? „Może, może… zadzwonię i się dowiem”. Dzwoni, dzwoni…. Mówię jej ile płaciłam – licząc, że stawki są jakieś konkretne, ale ona nie wie. Dzwoni, dzwoni… Nie płaciłam. To płacę. I ruszamy znowu – park, muzeum zbójników i górali – ach jak polecam to miejsce! I teatrzyk. Bo codziennie grają inny spektakl. Padam ze zmęczenia wieczorami razem ze Stasiem. Inni pensjonariusze nie mogą się nadziwić. Witają nas na kolacji pytając: a co dziś robiliście? Muzeum? Och to za daleko, 1,5 km… Teatrzyk… ponad kilometr…. Przecież można iść tu na plac zabaw, albo zaprowadzić dziecko do przedszkola! I w sklepie z pamiątkami kupić ciupagę – jak w muzeum…
Rozmawiam z Dyrektorką Sanatorium – ona pyta o wrażenia. Mówię, że to płacenie to przedziwne. Podobno niektórzy im faktycznie nie płacą, ale całe to latanie nie jest bez powodu… to sposób na aktywizację pacjentów. Bo ja chcę „odwalić” te rzeczy i wyjść na powietrze. A większość chce szybko zrobić zabiegi i położyć się w pokoju. A jak polatają po piętrach żeby zapłacić, to im na zdrowie wyjdzie…
