
Podróże to dla mnie przede wszystkim możliwość poznawania nowych smaków i poszukiwanie lokalnych rarytasów. Tym razem wróciłam z Malagi lekko nienacieszona - ale rozbawiona. Nie wiem czy to tradycyjne zachowanie hiszpańskich kelnerów…. Może taki obyczaj przyjmowania gości? Karta po hiszpańsku i angielsku, mój towarzysz biegle mówi w dwóch językach, ja mam pewność co do angielskiego – nie powinno być problemów. Nie jemy w restauracjach dla turystów – nie o to nam chodzi. Nie taka turystyka nas interesuje. Jemy w barach gdzie pełno „lokalsów”.
REKLAMA
Posiłek pierwszy: mussels in white wine…. – jestem w Maladze, będę jadła tu tylko owoce morza i nic więcej. Dostałam… skorupkę od muszelek owszem, ale… z pastą ziemniaczaną o aromacie zeskrobanych z portowej podłogi resztek. To wszystko opanierowane i usmażone. Kelnerka jednak rzuciła danie na stół i uciekła tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. No cóż, zjem nieco, przecież czego jak czego jedzenia się nie boję, a jestem bardzo głodna. Ale nawet moje zacięcie nie pomaga. Wstrząsają mną torsje, szukam wzrokiem kelnerki, żeby zamówić coś innego, zmienić smak bo picie piwa nie wystarcza. Niestety obsługę porwało UFO. Nie wychodzi na zewnątrz, nie ma jej w środku w knajpie – a ja MUSZĘ zmienić smak. Po około pół godzinie nastąpiło cudowne zstąpienie Pani w okolice naszego stolika – ja przygotowana pokazuję palcem na danie w karcie i proszę o …. Zestaw przekąsek hiszpańskich – tu nie polegnę. Sery, oliwki, szynka. Wiadomo co dostanę. Po kwadransie Pani przyniosła i tyłem do mnie podała…. znowu zapadając się pod ziemię w ułamku sekundy…. Podała mi bułkę z pastą ze zmiksowanych pomidorów z cebulą. Nie to miało być, ale … chociaż zmienia smak. I już nie jestem taka głodna bo 20 min minęło i ta jedna muszelka i sałata… wystarczy mi.
Następnego dnia kolejne podejście, mój przyjaciel zamawia krewetki i piwo. Dostaje piwo i szynkę hiszpańską, ale przecież nie będziemy się kłócić, bo tu jest tradycja i zwyczaj dawania tapasów do piwa, więc tylko się z tego cieszyć, że mamy coś do pojedzenia przed tymi krewetkami…. Ale krewetek nie uświadczyliśmy, kelner który nas obsługiwał zniknął, drugi dał rachunek na szynkę i piwo – koniec. Ale przecież się nie poddamy!!! Dzień trzeci – poddajemy się. Z braku nadziei na szczęśliwy przebieg zdarzeń oraz obawę co dziś się przytrafi, robimy zakupy w alimentacion, jemy na dachy naszego wspaniałego hostelu tapasy. Takie które chcieliśmy, wybraliśmy, pokroiliśmy i mamy. Ostatnie popołudnie – nie oszczędzamy. Idziemy do świetnego baru w samym centrum – dalej wybieramy miejsce gdzie nie ma turystów i białych obrusów, ale standard i ceny są o wiele wyższe. Są zielone pieczone papryczki – pimientos de padron! Ależ one są przepyszne. Muszelki! To jeszcze bierzemy krewetki z czosnkiem…. No i znowu nie to – krewetki obtoczone w mące, usmażone w głębokim tłuszczu i już zdążyły nasiąknąć jakoś, ostygnąć i oklapnąć… Ale nie wstajemy głodni, zniesmaczeni itd. – sukces.
Ostatni posiłek przed odlotem. Długo spaliśmy, pakowanie – to już prawie pora pośniadaniowa – trzeba się najeść na drogę. Początek zamawiania jest grą z kelnerką. My mówimy potrawę z karty, ona odpowiada, że nie ma. Wymieniamy kolejne danie, ona z pobłażliwym uśmiechem kręci głową. Zabawa trwa jeszcze kilka chwila. W końcu jednym z zamówionych dań jest kurczak z frytkami. Na stole lądują chipsy solone z dwoma plasterkami szynki na wierzchu.
Absolutnie nie mam zamiaru powiedzieć złego słowa o hiszpańskiej kuchni. To raczej splot ciekawych wypadków. Chociaż…. Sałatka Malaga mi do gustu nie przypadła: zimne ziemniaki + pomarańcze + oliwki + cebula + kawałki smażonej ryby.
Następnego dnia kolejne podejście, mój przyjaciel zamawia krewetki i piwo. Dostaje piwo i szynkę hiszpańską, ale przecież nie będziemy się kłócić, bo tu jest tradycja i zwyczaj dawania tapasów do piwa, więc tylko się z tego cieszyć, że mamy coś do pojedzenia przed tymi krewetkami…. Ale krewetek nie uświadczyliśmy, kelner który nas obsługiwał zniknął, drugi dał rachunek na szynkę i piwo – koniec. Ale przecież się nie poddamy!!! Dzień trzeci – poddajemy się. Z braku nadziei na szczęśliwy przebieg zdarzeń oraz obawę co dziś się przytrafi, robimy zakupy w alimentacion, jemy na dachy naszego wspaniałego hostelu tapasy. Takie które chcieliśmy, wybraliśmy, pokroiliśmy i mamy. Ostatnie popołudnie – nie oszczędzamy. Idziemy do świetnego baru w samym centrum – dalej wybieramy miejsce gdzie nie ma turystów i białych obrusów, ale standard i ceny są o wiele wyższe. Są zielone pieczone papryczki – pimientos de padron! Ależ one są przepyszne. Muszelki! To jeszcze bierzemy krewetki z czosnkiem…. No i znowu nie to – krewetki obtoczone w mące, usmażone w głębokim tłuszczu i już zdążyły nasiąknąć jakoś, ostygnąć i oklapnąć… Ale nie wstajemy głodni, zniesmaczeni itd. – sukces.
Ostatni posiłek przed odlotem. Długo spaliśmy, pakowanie – to już prawie pora pośniadaniowa – trzeba się najeść na drogę. Początek zamawiania jest grą z kelnerką. My mówimy potrawę z karty, ona odpowiada, że nie ma. Wymieniamy kolejne danie, ona z pobłażliwym uśmiechem kręci głową. Zabawa trwa jeszcze kilka chwila. W końcu jednym z zamówionych dań jest kurczak z frytkami. Na stole lądują chipsy solone z dwoma plasterkami szynki na wierzchu.
Absolutnie nie mam zamiaru powiedzieć złego słowa o hiszpańskiej kuchni. To raczej splot ciekawych wypadków. Chociaż…. Sałatka Malaga mi do gustu nie przypadła: zimne ziemniaki + pomarańcze + oliwki + cebula + kawałki smażonej ryby.
P.S.
Dzień po powrocie do Polski pojechałam do Kwidzyna. Czekając w hotelowej restauracji na znajomych, którzy znali część opowieści o mojej hiszpańskich dostałam smsa: „Mają pyszne krewetki.” Oczywiście pomyślałam, że to kpina i głupi żart, bo jak to możliwe, że w Kwidzyniu są pyszne krewetki, a w Maladze na takie nie trafiłam. Cóż… mieli racje, były wyborne.
Dzień po powrocie do Polski pojechałam do Kwidzyna. Czekając w hotelowej restauracji na znajomych, którzy znali część opowieści o mojej hiszpańskich dostałam smsa: „Mają pyszne krewetki.” Oczywiście pomyślałam, że to kpina i głupi żart, bo jak to możliwe, że w Kwidzyniu są pyszne krewetki, a w Maladze na takie nie trafiłam. Cóż… mieli racje, były wyborne.
