
Mieszkam w centrum warszawy. W kamienicy, niedawno odnowionej, z pięknymi kamieniami na schodach, windami ozdobionymi drewnianymi portalami, z panią myjącą klatkę schodową codziennie, z ochroniarzem w bramie i… kipiącymi śmietnikami, z których wysypują się puste kartony, nadmuchane baniaki o pojemności 5 l po wodzie, z ogromną ilością plastikowych opakowań, szklanych butelek i śmieci organicznych… wszystkich wymieszanych. Jakby na złość i specjalnie lekceważących napisy na kontenerach informujące o ich przeznaczeniu. Dlaczego ludzie, którzy są wrażliwi na piękno, nawet luksus są tak niewrażliwi na to co robią z naszą planetą, nie wspominając nawet o swoim podwórzu?
Zaintrygowała mnie kiedyś myśl Etgara Kereta, który mówił, że jego syn jak był mały, to miał 40 książek i gdy dostawał nową musiał oddać którąś ze starych (nie spodziewałabym się takiej postawy po pisarzu akurat ☺). Ja w temacie książek jestem bardziej liberalna, ale uważam, że dziecko nie musi mieć pokoju pełnego zabawek, aby przeżywać wspaniałe chwile. Maleńki Staś bawił się u moich stóp patelniami, garnkami, drewnianymi łyżkami. Owszem, było głośno – ale Stasiek miał poczucie, że bawimy się wspólnie. Przecież ja też coś mieszałam, korzystałam z tych samych naczyń co on.
