Mam wrażenie, że wciąż tkwimy w latach 80., a niektórym twórcom wciąż się wydaje, że wszystko załatwi akcja (przekonują mnie, że przecież musi być po kolei, jedno ma wynikać z drugiego i być przewidywalne, bo widz nie zrozumie – wołam wtedy o pomstę do nieba! O jakim to braku szacunku do widza zaświadcza!). Tym bardziej drażni mnie w tych rozmowach, kiedy słyszę, że polski odbiorca nie jest gotów na polski True Detective lub Breaking Bad. O prostym The Killing nie wspominając. Nóż mi się w kieszeni otwiera i mam ochotę zarechotać szyderczo: Tak, u nas „sprzeda się” tylko Ojciec Mateusz i Brzydula. Nie mówię, że na rynku nie ma dla nich miejsca. Jest, ale też inne, lepsze rzeczy mają szanse być u nas zrozumiane, bo to nie jest kraj debili, a tak w każdym razie myślą niektórzy filmowcy na stanowiskach, skoro podejmują takowe decyzje.
Główna bohaterka, którą odtwarza genialna Frances McDormand, to antypatyczna, wredna nauczycielka matematyki. Nie będę opowiadała fabuły. Sami obejrzyjcie, przeczytajcie - w jakiej chcecie kolejności, ale ja zwykle wybieram wedle zasady: „najpierw książka, potem film”. I o tym właśnie chcę napisać. O korespondencji tych dwóch dzieł: filmowego i powieściowego. A raczej o tym, że im bardziej reżyser „odbija się” od pierwowzoru, tym adaptacja jest lepsza.
Lepiej jest też wśród młodego pokolenia filmowców (30+, 40+). Tym jednak trudniej otrzymać pieniądze z PISF. Kasę nadal trzyma stara gwardia, która nie czyta. I widać to po naszych polskich filmach. Głównie to obrazy o depresji (snuje), toksycznych związkach (niskobudżetowe one to one), rodzinnej matni (rozpisane na trzy postaci główne, ale musi zagrać Więckiewicz albo Szyc), czy też z drugiej strony sensacyjne gnioty, gdzie wszystko wybucha, keczup się leje, a bohaterowie wciąż biegną, rozbijają auta, klną w nadmiarze, silą się na „wielkie granie” zamiast po prostu być (zobaczcie dla kontry genialną Frances McDormand) lub uprawiają seks w kiblu bądź na oczach tłumu (koniecznie brutalnie, co udaje się wygrać wyłącznie Smarzowskiemu). Zwykle na koniec główny bohater musi kogoś zabić. Bo przecież niedopowiedzenie w filmie nie będzie zrozumiane... Adaptacje gotowych opowieści, które wyszły drukiem, można policzyć na palcach jednej ręki.
Obecnie odbywam mnóstwo rozmów w sprawie adaptacji moich książek. "Pochłaniacz" wiedzie w tym prym i wciąż słyszę, że to opowieść epicka i nie da się jej przełożyć 1:1 na ekran (chcę wtedy krzyczeć, że przecież nie tak się to robi!), że za dużo albo za mało – bo o dziwo zdania są podzielone - się tam dzieje, że postać bohaterki jest trudna do pokazania (bo jak ją pokażemy - że czyta akta? Wolne żarty, naprawdę jest wiele możliwości, by pokazać to na ekranie bez dosłowności). Padają też kuriozalne pytania, czy można by zapożyczyć jakieś smaczniejsze sceny z moich innych książek (na Boga!) albo czy nie dałoby się zmienić imienia bohaterce, gdyż Sasza nazbyt kojarzy się ludziom z telewizji z jabłkami, Putinem (tak, padł taki tekst podczas jednej z rozmów).
Jednocześnie nie pojmuję tego, gdyż dzieło filmowe jest dziełem całkowicie odrębnym, scenarzysta/reżyser winni się odbić od pierwowzoru i zbudować na tej bazie swoją własną opowieść. Pisarz zaś powinien zostawić filmowcom wolność, prawie całkowitą, zaufać ich maestrii. Pozwolić im pracować na swoim materiale, bo on powiedział już w książce, co miał do powiedzenia. Jak słusznie rzekł Mariusz Szczygieł: w sytuacji adaptacji filmowej czy teatralnej "najlepszy autor to martwy autor". Tylko wtedy ma szansę powstać coś świeżego, całkiem nowego, ponieważ film to zupełnie inne medium, wymagające innych środków wyrazu niż książka. Kiedy słyszę, że retrospekcja z początku „Pochłaniacza” jest trudna do zaadaptowania, odpowiadam, że gdybym pisała o tym film, opowiedziałabym tę historię zupełnie inaczej. Ja pisałam książkę. To wasza sprawa, by wymyślić odpowiedni koncept na scenariusz.
Jeśli zaś chodzi o „True Detective” to dla odmiany opowieść o przyjaźni dwóch facetów, którzy osobowościowo i wizualnie są jak własny rewers. Poznajemy ich, kiedy kwiat ich wieku minął. Jeden z nich jest podejrzany o zbrodnię, a ten drugi trafia na przesłuchanie. Śledczy liczą na ich dawny konflikt, oczekują „wsypy”. Retrospekcje, zamordowana kobieta z jelenimi rogami, grupa trzymająca zło i „carcosa” a nawet główny Zły to wyłącznie mięso fabularne. Ktoś jednak najpierw wpadł na genialny pomysł, JAK TĘ HISTORIĘ OPOWIEDZIEĆ. Retrospekcje tym samym nie nużą, przeciwnie – są kluczem, konwencją tej opowieści.
Mam wrażenie, że wciąż tkwimy w latach 80., a niektórym twórcom wciąż się wydaje, że wszystko załatwi akcja (przekonują mnie, że przecież musi być po kolei, jedno ma wynikać z drugiego i być przewidywalne, bo widz nie zrozumie – wołam wtedy o pomstę do nieba! O jakim to braku szacunku do widza zaświadcza!). Tym bardziej drażni mnie w tych rozmowach, kiedy słyszę, że polski odbiorca nie jest gotów na polski True Detective lub Breaking Bad. O prostym The Killing nie wspominając. Nóż mi się w kieszeni otwiera i mam ochotę zarechotać szyderczo: Tak, u nas „sprzeda się” tylko Ojciec Mateusz i Brzydula. Nie mówię, że na rynku nie ma dla nich miejsca. Jest, ale też inne, lepsze rzeczy mają szanse być u nas zrozumiane, bo to nie jest kraj debili, a tak w każdym razie myślą niektórzy filmowcy na stanowiskach, skoro podejmują takowe decyzje.
