Dużo mniej widowiskowa niż "wielka deregulacja zawodów", ale bardzo potrzebna, jest praca nad różnymi szczegółami uregulowań prawnych dotyczących wymagań kwalifikacyjnych. One bywają w wielu zawodach - w tym w zawodzie nauczyciela - uciążliwe i z pewnością można byłoby podchodzić do nich bardziej elastycznie.

REKLAMA
Minister Barbara Kudrycka jakiś czas temu napisała "studia a nie korporacje". Warto to hasło poszerzyć: "kwalifikacje a nie korporacje". Szereg kwalifikacji nabywanych jest i będzie - w sposób coraz bardziej nowoczesny - w technikach, zasadniczych szkołach zawodowych, na różnego rodzaju kursach. Potrzebna jest zarówno szeroka oferta kierunków studiów, jak najlepiej przygotowujących do pracy, jak i cała gama kwalifikacji zawodowych, które można nabyć w różny sposób, potwierdzanych w powszechnym systemie egzaminacyjnym.
Podczas dyskusji dotyczących tak zwanej deregulacji zawodów nie rozróżnia się czasem, czy w danym przypadku chodzi o wymagania kwalifikacyjne, czy korporacyjne. Jeśli korporacja, skupiająca wykonujących jakiś konkretny zawód, decyduje, czy kolejne osoby mają prawo ten zawód wykonywać, wówczas mamy do czynienia z ograniczaniem prawa do wykonywania zawodu, w interesie materialnym tych, którzy już to prawo mają.
Jednak zanim podejmie sie decyzję, że do wykonywania zawodu, gdzie dotychczas wymagane było wykształcenie wyższe, wystarczy średnie, a tam gdzie oczekiwano wykształcenia średniego, wystarczy podstawowe, warto się zastanowić, czy nie wylewamy przysłowiowego dziecka z kąpielą.
Jeżeli słyszymy o kimś, kto - nie mając do tego formalnych kwalifikacji - świetnie potrafi pomagać odrabiać lekcje albo na przykład bardzo ładnie układa kafelki, możemy zaryzykować uczynić go korepetytorem naszych dzieci czy powierzyć mu remont własnej łazienki. Niektórzy zajmują się tym we własnych domach osobiście, bez żadnego formalnego przygotowania. Organizując instytucję edukacyjną lub firmę budowlaną, na wstępie od kandydatów do pracy jednak na ogół wymagamy formalnych kwalifikacji. Kwalifikacje te bywały osiągane w różnym czasie, w różny sposób, i niestety nie zawsze gwarantują wysoki poziom przygotowania do wykonywania zawodu. Jednak brak tych kwalifikacji to dla oferujących usługi edukacyjne lub budowlane za duże ryzyko.
Rolą systemu edukacji jest, aby jakość nabywanego przygotowania zawodowego rosła. Wiele zmian prawnych, aby tak się działo, poczyniono. Efekty ich przyjdą dopiero po latach. Na przykład nauczyciele przygotowywani do pracy zgodnie z nowymi standardami, pojawią się w szkołach pewnie za 5 lat i będą tam w zdecydowanej mniejszości. Gdyby zapadły decyzje o braku oczekiwania odpowiedniego wykształcenia od wykonujących różne zawody, duża i z konieczności powolna praca nad podnoszeniem jakości kwalifikacji nabywanych w polskich szkołach i uczelniach, okazałaby się jeszcze bardziej syzyfowa, żeby nie powiedzieć: bez sensu.
Kształcenie pedagogów i nauczycieli w różnych uczelniach wygląda bardzo różnie. Niektórzy wiedzą i potrafią sporo. Są jednak uczelnie, które przygotowują swoich absolwentów dość "wąsko" i powierzchownie. Czy magister pedagogiki, który kiedyś przygotowywał się do edukacji wczesnoszkolnej, poradzi sobie pracując w przedszkolu? Czy magister biologii lub chemii będzie potrafił w sposób przystępny zaciekawiać uczniów szeroko rozumianą, ale popularnonaukową wiedzą przyrodniczą? Jakiego szczegółowego, specjalistycznego przygotowania należy wymagać, aby nauczyciel mógł pracować z dziećmi o określonego rodzaju niepełnosprawnościach? Na tego rodzaju pytania stara się odpowiadać rozporządzenie o kwalifikacjach nauczycieli. Zdarzały się takie zmiany prawa oświatowego, które nakazywały tym, którzy wcześniej mieli formalne kwalifikacje, nabywać je w jakimś sensie na nowo.
Tego rodzaju decyzje raczej dawały profity szkolącym niż faktycznie podnosiły kompetencje nauczycieli. Dobrze przygotowany nauczyciel po studiach powinien być w stanie, zapoznając się ze zmieniającymi się wymogami organizacyjnymi i programowymi, sam ocenić, na ile jego wiedza jest wystarczająca. W razie potrzeby samodzielnie ją odświeżyć i uzupełnić lub zdecydować, czy ewentualnie potrzebuje jakiś szkoleń, wymiany doświadczeń. "Zapędzanie" wszystkich do szkolnych ławek na kolejne kursy przy każdej zmianie prawa raczej ubezwłasnowalnia niż rzeczywiście poprawia przygotowanie. Ostatnie zmiany rozporządzenia o kwalifikacjach szły raczej w odwrotnym kierunku, choć zdaniem wielu środowisk jeszcze w sposób niewystarczający.
Warto także byłoby uznawać kwalifikacje wszystkich nauczycieli do zarażenia uczniów swoimi pasjami - w ramach pracy wychowawczej - na różnego rodzaju zajęciach dodatkowych, niekoniecznie zgodnie z profilem wykształcenia. Nauczyciel fizyki grający po obowiązkowych lekcjach z uczniami w siatkówkę, nauczyciel angielskiego organizujący biegi na orientację, matematyk prowadzący obozy żeglarskie, polonista angażujący uczniów w rekonstrukcje historyczne, to tylko przykłady tego, co może się dziać w szkole, jeśli tylko uznamy, że zarażanie pasjami może się odbywać bez formalnych kwalifikacji (choć z przygotowaniem pedagogicznym).
Postawienie wymagania ukończenia kierunkowych studiów, aby powierzyć nauczanie podstawowych przedmiotów szkolnych to pewne minimum bezpieczeństwa. Posiadający komkretne kwalifikacje zawodowe niech przygotowują do potwierdzenia tych kwalifikacji. Natomiast za rozwój pasji i zainteresowań uczniowskich niech odpowiadają ci, którzy sami te pasje mają...