- Ale jaja! - wymknęło mi się, bo z wrażenia zapomniałam, że w przybytku Melpomeny tak nie wypada. - Eee tam, nie przesadzaj! - przytomna uwaga Boskiej przywróciła mnie do rzeczywistości. Fakt... Prawdę mówiąc, przyrodzeniem ten ordynat Michorowski specjalnie się nie wyróżniał, jednak od literackiego pierwowzoru i jego późniejszych wcieleń różnił się tym, że Stefci Rudeckiej objawił się goły, jak go matka natura stworzyła.

REKLAMA
Pal sześć, że Stefci, ale widzom, którzy przyszli do Teatru Polskiego w Bydgoszczy też. I to w pierwszej odsłonie przedstawienia „Trędowata. Melodramat” wyreżyserowanego przez Wojciecha Farugę. Aktorzy grający w tzw. momentach mawiają na ogół, że godzą się nań, gdy dramaturgia filmu/spektaklu tego wymaga. Mnie takie pytanie do Piotra Domalewskiego wydało się równie bezzasadne, jak jego nagość w chwili poznania Stefci. Podczas gdy goły ordynat hasał nieskrępowany po scenie, zastanawiałam się natomiast czy będzie jak u Hitchcocka, że zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie?
I było coś na rzeczy. Wprawdzie jedynie Rita Trestka parę razy błysnęła łonem, zaś hrabianka Barska płaskim biustem, ale majtasów – z epoki, tudzież całkiem współczesnych – naoglądaliśmy się że hej! Podobnie asocjacji z aktem kopulacji. Aż w końcu zaczęłam się na poważnie bać, gdy bohaterowie zbliżali się do siebie, że zaraz się rozbiorą i będą spółkować. Bez względu na płeć, pokrewieństwo i wiek. I nie chodzi tylko o to, iż cieniem na miłości Stefci i Waldiego nie położył się fakt pochodzenia z różnych sfer, ale to, że ona była była ze 20 lat starsza od niego. Nawet jeśli ten zabieg nie zdaje prostego testu wynikania przyczynowo-skutkowego w dalszym przebiegu spektaklu. Bardziej chodzi o zamianę książkowej nieopierzonej Luci – uczennicy Stefci Rudeckiej w Lucia – do cna zdegenerowanego typa, którego lubieżne łapy nie oszczędzają własnej matki. Niby czemu miało to służyć? Bo chyba nie zbudowaniu „pomostu” między dawnymi a nowymi laty?
Tak, wiem, nie rozumiem współczesnego teatru. Tymczasem to takie proste – bydgoska adaptacja „Trędowatej” miała nam pokazać, że tak naprawdę nic się od czasów ordynatów i guwarnantek nie zmieniło. To znaczy nie zmieniliśmy się my – z naszymi przywarami, fobiami, dewiacjami. Zgrzytał reżyserowi i dramaturgowi, Pawłowi Sztarbowskiemu tylko ten wysferzony mezalians, to go zastąpili słabo akceptowaną do dziś różnicą wieku kochanków. I sprawa załatwiona. Dalej można już było poszaleć przydając – niczym demiurg – bohaterom cech, których nie wyparłby się żaden (niegdysiejszy i współczesny) dewiant. Chociaż nie, bo w przedstawieniu słabości były raczej monotematyczne – wszystkie kręciły się wkoło przysłowiowej dupy. Tymczasem życie i medycyna zna, niestety, całe spektrum dewiacji. Ale czegóż wymagać, w końcu to „Trędowata”, a nie „Lot nad kukułczym gniazdem”...
Przyznam, że rozbawił mnie starannie wybity tytuł przedstawienia: „Trędowata. Melodramat”. Takie puszczenie oka do widza, podkreślenie, że niby bawimy się konwencją. No, to ja się w to nie bawię, choć podczas spektaklu raz po raz wybuchałam śmiechem. Obawiam się jednak, że zupełnie nie w tych momentach, w których – zdaniem twórców – powinnam. Oni bowiem, jak deklarowali całkiem serio, pragnęli przecież pokazać, że każdy człowiek potrzebuje miłości i gotów jest za nią zapłacić każdą cenę. I ja z tym przesłaniem nie polemizuję, pytam tylko czy do tego wiekopomnego odkrycia potrzebne było otrzepywanie z naftaliny „Trędowatej” i jej uwspółcześnianie przez gremialne rozbieranie?
Mniszkówna, ani chybi, w grobie się przewraca na wieść o ekscesach swoich bohaterów na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Ale niech tam! Jest jednak coś, co może i jej by się spodobało; to scenografia Agaty Skwarczyńskiej z trafionym pomysłem wielkiego (krzywego?) zwierciadła i zupełnie genialną sceną polowania... na huśtawkach! Przytuliłaby też pewnie do serca tę, która w bydgoskiej adaptacji wydała na świat diabelski pomiot w postaci Lucia, czyli panią Idalię graną przez niezawodną Alicję Mozgę. No i samą Stefcię, nawet ze sporo wyższym od ordynata peselem. Zresztą tego akurat po Małgorzacie Witkowskiej widać nie było, pomimo że rola w „Trędowatej” wymagała od niej zarówno siły aktorskiego wyrazu, jak tej psychicznej i fizycznej. Dała radę i to bez latania po scenie na golasa.