Ze zdumieniem przeczytałam w Newsweeku, że moje młode rodaczki skarżą się na uwierający je spiżowy gorset pomnikowej Matki Polki. Nie dziwią mnie same skargi, tylko twierdzenie, że jest to nowe zjawisko w naszym katolickim, patriarchalnym społeczeństwie - taki znak czasów. Nic podobnego! I choć sam pomnik powstał w 1988 roku, ja z symbolicznego piedestału spadłam wcześniej, bo 30 lat temu. A nie sądzę, żebym była jedyna.
REKLAMA
Pierwsze symptomy niedopasowania do wizerunku idealnej matki Polki dostrzegłam (sama!) u siebie już w ciąży. - Co za bałwan nazwał ten stan błogosławionym?! - krzyczałam w krótkich przerwach między torsjami. Żadnymi tam „porannymi”, bo rzygałam o każdej porze, w każdym miejscu i w każdym towarzystwie. A to salwować się więc musiałam ucieczką z tramwaju, gdzie zemdlił mnie zapach czyjejś wody kolońskiej, a to użyźniłam rodzinną działkę (nie bez komentarza, że drzewiej to kobiety potrafiły urodzić w zagonie kartofli, a teraz takie delikatne...), a to niemal nie zbezcześciłam majestatu Rady Miasta, gdym ledwie zdążyła wybiec z obrad sesji, na której byłam służbowo. Inna rzecz, że na wieść o tym ostatnim moim popisie w redakcji zachowali się fantastycznie przenosząc mnie na stanowisko nie wymagające biegania po mieście. Za to położone blisko WC!
Nie wiem czy dzisiaj są jeszcze tacy pracodawcy, wiem za to, że ów daleki od „błogosławionego” stan w końcu minął. Dotychczasowe udręki zastąpiła radość z wyraźnie już odczuwalnych ruchów dziecka. I refleksja, że może nie jest ze mną tak źle skoro potrafię cieszyć się z perspektywy zostania mamą. Czy to było poczucie winy? Myślę, że raczej odmienności, która nie pozwalała mi wpasować się w model idealny matki Polki. Nie byłam lukrowaną babą i otwarcie mówiłam o przysłwiowym dziegciu w tym przesłodzonym wizerunku. A równocześnie społecznie pożądanym, by nie rzec – jedynym akceptowanym. Wprawdzie nie dotknął mnie wówczas ostracyzm, ale karcące uwagi i spojrzenia, owszem.
Nigdy nie zapomnę wzroku Teściowej, gdy babcine zachwyty na łóżeczkiem Jedynaka przerwało moje pytanie: Tylko dlaczego on jest taki brzydki? Zgroza! No, bo jak rodzona matka może powiedzieć o swoim dziecku, że jest brzydkie?! A przyjrzyjcie się noworodkom i powiedzcie (tylko szczerze!) czy rzeczywiście wszystkie są takie piękne? Nie są, ale krytykować nie wypada nawet krewnym i znajomym, a co dopiero matce. Gdy jednak skrytykuje, czy to znaczy, że nie kocha swego dziecka? Albo, że mniej kocha? Dla mnie takie myślenie było (i jest) totalnym absurdem, ale rysa na wizerunku supermamy pogłębiała się... Na tyle, by familia uradziła, że nie zawadzi wizyta u psychiatry! Zgodziłam się umęczona wiecznie „czuwającym” synkiem, który już z chwilą narodzin uznał, że dzień to nie pora do spania. Za to do ryczenia, jak najbardziej! Szczęśliwie trafiłam na mądrą lekarkę, choć – podkreślam – byłam w tej opinii odosobniona. Pani doktor bowiem, wysłuchawszy moich matczynych zwierzeń, orzekła, że mam natychmiast odstawić dziecko od piersi. - To, jak mleko od wściekłej krowy – dosadnie skwitowała moją toksyczną relację z Jedynakiem, tłumacząc, że działamy w błędnym kole: on mnie denerwuje nieustannym płaczem, ja mu podaję takie „znerwicowane” mleko, co powoduje, że on wrzeszczy jeszcze bardziej i wprowadza mnie (i mleko) niemal w stan wrzenia itd., itd. Osłupiałam, ale posłuchałam (zresztą pokarmu miałam co kot napłakał) i trochę pomogło. Owacji na stojąco jednak wśród bliższych i dalszych nie było. Wprawdzie nikt głośno nie powiedział, że jestem złą matką, ale czasem słowa nie są potrzebne...
To też pewnego dnia Tubylec bez słów położył przede mną podanie o przyjęcie dziecka do żłobka. On jeden rozumiał, że lepiej bym wróciła do pracy – lepiej dla mnie i dla synka. I nie wycofaliśmy się nawet słysząc ubolewanie, że „Jedynak jest pierwszym dzieckiem w rodzinie oddanym do państwowej przechowalni”. Czy czułam się wtedy wyrodną matką? Nie! Tym bardziej, że mały bohater w kontakcie z innymi dziećmi uspokoił się i wyglądał na zadowolonego. Ale całkiem różowo to nie było! Szczególnie, gdy z powodu nienormowanego czasu pracy dziennikarskiej często gęsto spóźniałam się, by odebrać Jedynaka ze żłobka na czas. Bywało nerwowo... Do tego stopnia, że kiedyś, nie zebrawszy do końca materiału na reportaż, musiałam zawrócić samochód służbowy (w redakcjach były takie!) spod Włocławka, żeby zdążyć po synka. Fakt, nie czułam się wówczas, najdelikatniej mówiąc, zbyt komfortowo. A jeszcze niektóre panie ze żłobka umiały mnie w takich razach wbić w podłogę, oj umiały!
Trudność godzenia przez pracujące matki różnych ról nie jest zjawiskiem nowym. Więcej – sądzę, że brak tolerancji dla kobiet pracujących i rozmijających się z ideałem matki Polki był 30 lat temu zdecydowanie większy niż obecnie. Dziś, kiedy otworzyliśmy się na świat, możemy czerpać wiedzę i wzory ze społeczeństw, które problem ten już „przepracowały”. Mamy są bardziej świadome, ojcowie bardziej partnerscy, a księgarnie uginają się od poradników, jak nie dać się zwariować. Nie ulec presji bycia supermatką, skoro wkoło nic nie jest tak naprawdę super. Dać sobie prawo do słabości: bycia złą na dziecko, zmęczoną nim, przepełnioną chęcią ucieczki, gdzie pieprz rośnie. Kiedy byłam młodą mamą nie było takich lektur, ale ja – niczym mantrę powtarzałam (instynktownie?) Jedynakowi, że nic mniej go nie kocham, gdy muszę go skarcić, uciec do łazienki od namolnych pytań czy nawet zostawić pod opieką którejś z „cioć” i ruszyć w miasto.
Postępowałam tak, bo tak czułam. A że do ideału było mi daleko najlepiej świadczy publiczny wyrzut dorosłego już Jedynaka, że (oprócz ubierania w kolorowe rajtuzy) nie może mi zapomnieć, jak musiał na mnie czekać, bo zawsze wpadałam do przedszkola czy szkolnej świetlicy (żłobka na szczęście nie pamięta) ostatnia. Jest jednak pocieszeniem, że wyznanie to poczynił przepytywany medialnie na okoliczność autorytetów w jego życiu i ta mało doskonała mama znalazła się na topie! Satysfakcja to dla mnie ogromna, ale jest wiele, bardzo wiele innych powodów, dla których mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że mam superdziecko! Kto wie, może uczył się na moich błędach? Jeśli tak, to tym bardziej apeluję do znękanej polskiej mamy: nie bój się być niedoskonała! Bądź sobą. Taką z wadami i zaletami. Bo sądzę, że dla dziecka nie ma nic bardziej frustrującego, niż wzrastanie w cieniu niedosięgłego ideału.
Dziś jestem matką dorosłego syna, który ma już własną rodzinę. I choć tworzymy duet niewolony od dysonansów, jesteśmy sobie bardzo bliscy. I mam nadzieję tego nie popsuć stając się (mądrą!) babcią, do roli której z radością się sposobię.
