Tadeusz Chyła śpiewał wprawdzie, że „Cysorz to ma klawe życie”, ale ja się pod to hedonistyczne oświadczenie podczepiam. Bo choć dalej jakoś tak szło: „oraz wyżywienie klawe”, a ja mam takie, jakie sama sobie ugotuję, to jednak klawo jest! Skąd nagle taki optymizm u schorowanej sześćdziesięciolatki na przysłowiowej „kroplówce” z ZUS-u?

REKLAMA
Ano wróciłam z dwutygodniowej kuracji w Konstancinie, gdzie byłam z Tubylcem. Skarżyłam się już na blogu, że w odpowiedzi na poszpitalne skierowanie na rehabilitację w jednym z ciechocińskich sanatoriów uraczono mnie wieścią o 36-miesięcznej kolejce! A może ja za te 3 lata całkiem zdrowa będę? To żart, niestety. W przeciwieństwie do czasu oczekiwania na medyczną pomoc, jaką „zapisano” mi w szpitalu. A że kłopot z nierychliwą opieką zdrowotną okazał się dubeltowy, bo Tubylec po operacji też na poszpitalne sanatorium nie mógł liczyć, rodzina sprezentowała nam komercyjny pobyt w Centrum Kompleksowej Rehabilitacji w Konstancinie. Grunt to rodzinka!
CKR to ośrodek znany i doceniany przez pacjentów, podczas gdy my wylądowaliśmy tam, jak nie przymierzając nic nie rozumiejący kosmici. Najpierw się zdziwiłam dlaczego dostaliśmy klucz od szafek, a od drzwi dać nie chcieli. - A w szpitalu też pani salę na klucz zamyka? - wypaliła w końcu któraś z pielęgniarek, by ukrócić moje indagacje. Tu powinno mi się zapalić czerwone światełko, jednak w rozgardiaszu lokowania się w nowym miejscu straciłam czujność.
Zapoznając się z tym nowym, nie zrażając się istnym labiryntem korytarzy, najpierw pognałam ku pływalni. Spojrzałam na basen – uff..., jaka ulga! Żadne tam poletko ćwiczebne dla aqua areobiku, ale porządne 25 metrów długości do podtapiania Pana P. - ucieszyłam się. Na krótko, mój zapał ostudziła bowiem wiadomość, że basen będzie czynny przez tydzień naszego pobytu, a potem nastąpi „przerwa technologiczna”. Początkowa złość ustąpiła mocnemu postanowieniu, że wobec tego będę pływać codziennie, com zresztą uczyniła. Obwieściłam więc Tubylcowi, że pierwszy tydzień mamy basenowy, drugi – rowerowy, bo jeszcze w domu zorietowaliśmy się jak w Konstancinie wypożyczyć rowery.
To swego rodzaju bonusy pobytu, bo do CKR przyjechaliśmy głównie na zabiegi rehabilitacyjne i o nich miała zdecydować pani doktor. A że była serdeczna i otwarta zwierzyłam się jej z basenowo-rowerowych planów. Dumna z naszej aktywności oczekiwałam aprobaty, tymczasem na mojej rozgorączkowanej głowie wylądował kubeł zimniej wody. - O jakich rowerach pani mówi? - próbowała dociec lekarka. Tu nie ma żadnych rowerów! - Ależ jest wypożyczalnia z kilkoma stacjami, na wzór tej warszawskiej... – utknęłam w pół zdania widząc zdumiony wzrok pani doktor. I potem padły słowa nie pozostawiające wątpliwości, że JESTEM W SZPITALU, gdzie – jak wiadomo wycieczek się nie urządza.
Utknięta w murach na dwa tygodnie i to ma być klawe życie? Byliśmy z Tubylcem z lekka zszokowani, fakt. Szybko jednak doskonała oferta medyczna CKR zwyciężyła dryl z obowiązkową obecnością w pokojach o godz. 21.00, choć zrazu reżim ten wydał nam się na wakacjach nieprzyzwoitością! Ważniejsze okazały się choćby, najbardziej przez nas cenione, indywidulane ćwiczenia z rehabilitantem, który pół godziny przez 12 dni pracował z pacjentem dostosowując ćwiczenia do zdiagnozowanych schorzeń, ba – do smaopoczucia w danej chwili. Ileż to razy przychodziłam na zajęcia kuśtykając, a wychodziłam w radosnych podskokach! Gdy dodać do tego pozostałe zabiegi, pływanie i – po szczęśliwej przeprowadzce na „wolnościową stronę!” CKR-u - przejażdżki rowerowe, pobyt w Konstancinie nam posłużył.
W każdym razie ja wracałam stamtąd jak na skrzydłach. Oto po dwukrotnej blokadzie, która miała nie tylko uśmierzyć ból, ale też zgasić moje przewlekle zapalone kaletki (taką postawiono diagnozę) schody pokonywałam niczym rącza sarenka. Zero bólu i sztywności w nogach, tak jakby to był cios, który dosięgnął również upierdliwego Pana P.! Wierzcie mi, w takich chwilach jestem przekonana, że mam naprawdę klawe życie. I żaden cysorz opływający w dostatki nie zmąci mi tej pewności. A przecież Konstancin jest chyba najlepszym miejscem w naszym kraju, gdzie o takie zmącenie nietrudno.
To tutaj, niczym w soczewce, skupiają się wszystkie symptomy coraz bardziej pogłębiającego się w Polsce rozwarstwienia społecznego. Niby nie od dziś wiadomo, że w Konstancinie – obok rodzin popadających w riunę wraz z willami niepomnymi już niegdysiejszej świetności – osiedlają się ludzie bardzo zamożni, że przez szczeliny gęstego szpaleru wysokich żywopłotów można dostrzec rezdencje, których luksus poraża, że to tutaj jest chyba najwyższy procent występowania Land Roverów (i im podobnych) na metr kwadratowy, ale co innego wiedzieć, co innego widzieć. Tymczasem w moim najbliższym sąsiedztwie pyszniła się posiadłość jednego z najbogatszych Polaków. To był widok z okna CKR-u, gdzie codziennie spotykałam się nie tylko z bezmiarem cierpienia, ale też … z wyciągniętą ręką, choćby po papierosa. Szok.
Nie mam rezydencji, ale też nie mam pojęcia – nawet z Panem P. u nóg – co to jest rzeczywista niepełnosprawność, przykucie do wózka, uzależnienie od innych. To czy moje życie nie jest klawe? Nawet jeśli obiecane w Konstancinie „ugaszenie zapalenia” okazało się krótkotrwałe.