Kiedyś nie było z tym większego problemu: powszechnie obowiązujący wizerunek babci przedstawiał staruszkę w siwiutkim koczku, która dzierga na drutach kolejny sweterek dla stadka wnucząt. Dziś trudno nawet pokusić się o podobne uogólnienie. Są bowiem i takie niegdysiejsze babcie, i babcie prezeski firm; babcie piastujące wnuki i babcie korzystające z uroków „trzeciej młodości”; babcie żyjące życiem dzieci oraz wnuków i babcie z wypełnionym po brzegi kalendarzem. Zaczęłam się zastanawiać, jaką babcią sama jestem.

REKLAMA
Przede wszystkim młodą. Stażem, bo Wnusia urodziła się niespełna 3 miesiące temu. Cóż więc mogę wiedzieć o byciu babcią – powie ktoś – tym bardziej, że dzieli nas 150 kilometrów. Pewnie niewiele. Ale nawet nie stając w szranki z doświadczonymi w babciowaniu, mam na ten temat sporo obserwacji i płynących zeń przemyśleń. Tym bardziej, że wokół mnie od babć aż się roi. Właśnie wczorajszy telefon od jednej z nich przestawił mnie na te babcine tory. Nasłuchałam się, jak to babci dwojga ukochanych wnucząt może być ciężko, gdy tam strzyka, tu kłuje, a dzieci rozsadza niespożyta energia... I choć jak dotąd jestem „babcią korespondencyjną”, z łatwością wczułam się w rolę tej zmęczonej codzienną opieką nad wnukami. Zbyt często Pan P. sprawia, że się z trudem przemieszczam po domu i nie muszę uganiać się za ruchliwym dwulatkiem, by opaść kompletnie z sił. Wykazując zatem daleko idącą empatię (i pozostając przy modnych wyrażeniach) doradziłam zaprzyjaźnionej babci odrobinę asertywności. Dużo łatwiej o nią – wiem coś o tym – szczególnie wtedy, gdy nieoczekiwanym sprzymierzeńcem rozsądnego stawiania barier staje się ból.
Przed barierą wyrosłą z niespodziewanej, bo zaprzyjaźnionej, strony stanęła ostatnio inna ze znanych mi babć. Taka świeżo upieczona, bo zdarzenie, o którym za chwilę miało miejsce jeszcze przed przyjściem na świat jej wnuka. Na dobre cztery doby przed godziną 0 babcia in spe już stała w blokach startowych gotowa w każdej chwili podążyć młodym z pomocą. Niby w czym? W staniu się rodzicami? A może dotknął ich jakiś kataklizm, że pomoc jest niezbędna? Z lekka ironiczne stanowisko koleżanki trochę babcię in spe rozdrażniło, ale w ziemię wbiło dopiero proste pytanie: czy młodzi prosili cię o pomoc? No nie... I tu, jak mi się wydaje, jest pies pogrzebany.
Jedynak z Rozalką wiedzą, że gdy moje wsparcie będzie im potrzebne, to je otrzymają. To są zdrowe zasady, bo pozwalają na szybsze wejście w rolę rodzica i naturalny przebieg swego rodzaju dostrajania się z maluchem. Wyedukowani młodzi dobrze o tym wiedzą i swoje stanowisko od początku jasno przedstawili babciom i dziadkom. Nikt jednak nie zakazał nam kochać Wnusi, stawiać w domu jej rozlicznych fotografii, kupować ton ciuszków czy wypasionych prezentów, które grają, śpiewają, świecą i co tam jeszcze! Jednak bez włażenia z przysłowiowymi buciorami w życie młodej rodziny, nachalnego wtrącania się, zarzucania dobrymi radami i załamywania rąk spod hasła: „a za moich czasów...”.
To moje babcine credo. Pozornie może wyglądać, że jestem wyrozumowaną, mocno zdystansowaną babcią, od której wieje chłodem. Ale to bzdura, bo tylko ja wiem jak trudno jest mi utrzymać się w ryzach. Czasem przecież aż korci, by coś doradzić! Z tego jednak skutecznie wyleczył mnie temat gruszki do noska, którą polecałam na katarek Wnusi. Skąd mogłam wiedzieć, że gruszka jest passe, a dzisiejsza bujawka przypomina wehikuł z kosmodromu, zaś nad spokojnym snem malucha czuwa niania ektroniczna?! Zatem nie wyrywam się już z radami, przyznając zresztą, że młodzi są naprawdę przygotowani do roli rodziców. O wiele lepiej, niż ja byłam. Tylko czasem grzeszę wspominając, jak to Frania prała Jedynakowe pieluchy na kartki i śpiochy wydawane na zapisy w książeczce zdrowia... Ale czy młodzi w ogóle są w stanie w to uwierzyć?
Tak jak oni nie mogą pojąć kartkowej rzeczywistości, tak ja ze zdumieniem obserwuję współczesną „domową infrastrukturę” do obsługi małego człowieka. Wszystko wydaje mi się takie skomlikowane, trudne w użyciu. W ogóle z nowymi technologiami jestem na bakier i rodzina dopiero siłą zmieniła mi niedawno oldskulową komórkę na nowszy model. Broń Boże, nie ten dotykowy, bo Pan P. dopiero miałby używanie! Ale to tym nowinkom zawdzięczam nadsyłane co kilka dni przez Rozalkę krótkie filmiki z Wnusią w roli głównej, dzięki którym możemy obserwować jej rozwój. Będąc dowodem na coraz większe zawłaszczanie naszej codzienności przez elektronikę, filmiki niosą jeszcze inny przekaz. Humanistyczny. Widzę na nich, jak Rozalka i Jedynak cierpliwie, dzień po dniu budują więź ze swoim dzieckiem. Zgodnie z tak lansowaną obecnie „filozofią bliskości”. Co prawda jestem trochę niedzisiejsza, ale ta filozofia jest mi bliska.
I mam nadzieję realizować ją w przyszłości, gdy babcine ramiona będą dla Wnusi równie bezpieczną przystanią, jak dziś te rodziców. Ta perspektywa dodaje mi sił w walce z chorobą. Myślę o tym podczas codziennych ćwiczeń i gdy słota odstręcza od wyjścia na basen. Czasem muszę mocno zacisnąć zęby, ale nie mogę dopuścić, by triumfował Pan P. z tym swoim „parkinsonizmem atypowym” niwecząc moje babcine marzenia. Co to, to nie!