Mamy czas, w którym nawet drapieżniki chowają pazury. Łamiąc się opłatkiem, „niedźwiadka” robią zwaśnieni politycy, pod choinką chętnie pozują purpuraci i wariaci, jednym głosem kolędy śpiewają ci z prawa i ci z lewa. Boże Narodzenie łagodzi obyczaje? Może to tylko siła tradycji? Albo gorzej - bożonarodzeniowa szopka?

REKLAMA
Niech każdy sobie sam odpowie, ja wiem swoje. I powiem szczerze – nie lubię przesadnego epatowania „magią świąt”, „niepowtarzalnym klimatem” i „rodzinnym charakterem”. Bo magia Bożego Narodzenia działa na ogół tylko na dzieci, niepowtarzalny klimat, a i owszem, panuje przed wigilią w kuchni o temperaturze piekarnika, a rodzinny charakter dobrze obrazują zabiegi, żeby wuj Henryk siedział jak najdalej od kuzynki Halinki, inaczej się pozabijają. Myślę, że święta byłyby o wiele strawniejsze – dosłownie i w przenośni - bez tego wszechobecnego lukru i przymusu uginających się od żarcia stołów. No i niech spotykają się tylko ci, którzy chcą, a nie muszą.
Ja, szczęśliwie, usiądę do wigilijnego stołu bez obaw o rodzinną awanturkę. A że zmęczona przygotowaniami? W moim przypadku duży w tym udział ma niestrudzony Pan P., który nie przewiduje świątecznej taryfy ulgowej. Wręcz przeciwnie! Jeszcze nie tak dawno powtarzałam jak mantrę: „wybudujcie mi akwarium”, co miało oznaczać mniej więcej tyle, że tylko w wodzie lubieżnik mi odpusza. W Międzyzdrojach, gdzie byliśmy pod koniec listopada z Tubylcem pływałam zatem dzień w dzień, no, ale basen w hotelu miałam niemal przez ścianę... I to chyba wtedy po raz pierwszy bez obrzydzenia pomyślałam o „wypasionych willach z basenem”. Póki co nasłuchuję wieści o budowie pływalni na Osiedlu Leśnym, nie będę musiała już jeździć, jak dotąd, przez pół miasta. Dobrze chociaż, że codzienną gimnastykę, co to ma zmniejszyć szkodliwą działalność mojego prześladowcy, mogę uskuteczniać w domu!
Nie, żebym była specjalną domatorką, ale ostatnio coś za dużo się przemieszczam i to mnie męczy. Ale sama sobie jestem winna, że na starość zachciało mi się zapisać na kurs angielskiego! Wprawdzie miły młodzian, dla powagi zwany konsultantem, solennie zapewniał mnie, że nauka będzie dostosowana do moich potrzeb i możliwości, że szkoła jest elastyczna itp., itd., ale to nie końca prawda. Ja bowiem, już na wstępie, zaznaczyłam, że angielskiego uczyć się nie muszę, ale chcę, co mnie odróżniało od zdecydowanej większości słuchaczy, których rynek pracy zmusza do ścigania się o każdy level i certyfikat. Byle szybciej, byle wyżej i koniecznie z potwierdzającym papierem do CV! Biegają więc na zajęcia 4 razy w tygodniu, co i mnie zaproponowano. Niedoczekanie! Tym bardziej, że dwa z tych zajęć są multimedialne, a ja o swojej „szorstkiej przyjaźni” z nowymi technologiami już wspominałam.
Tym sposobem zostałam chyba najbardziej „asertywną” słuchaczką, bo najpierw w połowie lekcji powiedziałam „nie” komputerowi, potem grupie senioralnej, gdzie poszukiwałam dla siebie miejsca. Kolejne zbliżenie z klawiaturą na ekranie również zakończyło się porażką, a gdy usłyszałam, że bez zaliczenia multimediów „system” mnie nie przepuści dalej - jedną nogą byłam już poza szkołą! Ale wtedy uświadomiłam sobie, to przecież ma być fan, a nie stres i najpewniej się rozluźniłam, bo na kolejnych zajęciach zbierałam same pochwały. Niezbadane są koleje losu! Samozachwyt jednak mi nie grozi – multimedia nadal szczerzą klawiaturę...
Chociaż prawdę mówiąc, bardziej się teraz rozglądam czy aby ryba (po grecku) się do mnie nie szczerzy, przypominając o domowych obowiązkach. Bo najwidocznej nie jestem taka przedświątecznie zabiegana, skoro mam czas na wypisywanie tego wszystkiego. Usprawiedliwia mnie tylko fakt, że wczoraj grubo po 1.00 w nocy skończyłam pakować prezenty – zrobiłam 18 malutkich, średnich i wielkich paczek! W tym 3 dla Wnusi, ale ona jest „poza protokołem”. A ten nasz wigilijny przewiduje, iż każdy robi pozostałym drobny prezencik na wylosowaną literę, pamiętając, że najbardziej w cenie jest dobry pomysł. Ile się czasem trzeba nagimnastykować, gdy litera mało wdzięczna! Jest przy tym kupa śmiechu, jak choćby przed rokiem, gdy zapracowany Jedynak z wylosowaną literką „i”, nie miał czasu na zakupy, więc postawił na … inteligencję. Zbiorową, bo wszystkim kupił książki.
I tu nastąpiła pauza... Dwudniowa, tak mnie wchłonęła zakupowo- kuchenna krętanina, choć – muszę przyznać – w tym roku bardzo mi pomógł Tubylec, który wyjątkowo był w domu. Po z górą trzech dekadach krojenia sałatki odkryłam, jak fajnie jest to robić razem! W takich chwilach myślę sobie ilu najprostszych rzeczy jeszcze nie odkryłam i nawet jeśli wyważam otwarte drzwi, to inaczej smakuje to, czego sama dotknę. Szczególnie, gdy jest to owoc zakazany, jak wyklęte gender, co to się u nas dziś w domu rozszalało. No bo powiedzcie sami: Tubylec w fartuszku (a fe!) przy babskim siekaniu warzywek, a ja przy tradycyjnie męskim zajęciu przystrajania choinki. Oboje spisaliśmy się na medal. Choineczka wprawdzie mała i sztuczna, ale postawiona z solenną obietnicą, że w przyszłym roku, gdy Wnusia będzie już mogła bardziej świadomie ową legendarną magię świąt odczuwać – w domu musi się roznosić zapach świerkowego drzewka.
Póki co, zewsząd dobiegające „piosenki z dzwoneczkami”, jak mawia Marek Niedźwiecki, przypominają, że tegoroczne Święta tuż, tuż za progiem. Ale ja wcale nie o bożonarodzeniowych dzwoneczkach piosnkę sobie nucę, tylko tę Ryszarda Rynkowskiego pt. „Wypijmy za błędy”. Pamiętam, że ręka mistrza Jacka Cygana coś tam o „błędach na górze” wspominała i pomyślałam sobie, że święta to dobra okazja, by wychylić taki toast. I najlepiej rzucić stakan za siebie mrucząc „ścierwa pałasataja”, jak podobno mawiała w takich razach moja prababcia. Najlepiej mrucząc pod nosem, bo do końca nie wiem, co to znaczy. Ale chyba nic pochlebnego i będzie jak znalazł.