Będę szczera: tęsknię do tamtego Wapiętnika. Tego, jak mawiałam, z witryną wychodzącą na małą, cichą uliczkę. Z dala od wielkomiejskiego zgiełku i lansu, jazgotu polityków i komentujących go mędrców. Takiego Wapiętnika, jaki sobie wymyśliłam, gdy przyszło mi stanąć oko w oko z Panem P. Swego rodzaju codziennika z życia parkinsonika, osoby chorej, ale walczącej. Z życia czasem nudnego, czasem trudnego... Ale przecież i radosnego! Zwykłego. Tylko kto chciałby to czytać?

REKLAMA
Zwykle irytuje mnie fetowanie Nowego Roku, bo nie widzę w nieuchronnym upływie czasu nic zabawnego. Wkoło wszyscy wszystko podsumowują, oceniają oglądając się nieustannie wstecz. I te postanowienia noworoczne rzucane niczym słowa na wiatr... Śmiechu warte! A może jednak? Może ta zmiana kalendarza na ścianie jest mniej prozaiczna, niż mi się wydaje? Mniej prozaiczna, a bardziej symboliczna? Bo niby dlaczego właśnie około noworocznej fety jęły mnie nachodzić różne takie nostalgiczne, ba - egzystencjalne rozważania? Dlaczego nagle zapaliło się zielone światło dla moich smuteczków i rozrachuneczków? Więc może jednak...
Jakby nie było, ostatnio coś częściej siadam do komputera. Nawet dzisiaj, choć spędziłam przed ekranem dwie godziny na multimedialnych zajęciach z angielskiego. Ale poszło nieźle, więc mnie nie odrzuca i piszę. Że wylosowałam na gwiazdkowe prezenty literkę „d” i podarowałam Tubylcowi zestaw 4 płyt śpiewających duetów. Album nawet fajny, ale ważniejsza wydaje mi się dołączona do niego karteczka: „W duecie siła! Bo duet jest jak demokracja – wszyscy nań narzekają, ale nikt nie wymyślił nic lepszego”. Niby niewinna gra słów, ale swoją wymowę ma - zawsze to łatwiej wóz w dwa konie ciągnąć.
Gdy odkurzam tę „oczywistą oczywistość” nieodmiennie przypomina mi się powiedzonko zabieganej zawsze Mamy, która mawiała do kroczącego dostojnie Taty: „No, nie! Ja w jednym dyszlu z Tobą chodzić nie mogę”. (A przecież szliby zgodnie w tym dyszlu do dziś, gdyby nie to, że Tata swym dostojnym krokiem przemierza już inne rubieże...) Taki żart, bo Mama, choć na ogół zabiegana i zatroskana, miała poczucie humoru. I chyba go z wiekiem nie straciła, skoro z chochlikami w oczach tytułuje się czasem „starszą panią bez godności”. Pozazdrościć dowcipu i dystansu do siebie!
To i zazdroszczę. Zresztą od zawsze uważam, że jestem niedoskonałą kopią Mamy. Jednak geny zrobiły swoje i to o ich sile sporo ostatnio myślę. Oczywiście, z powodu Wnusi, bo odkąd się urodziła raz po raz ktoś wpada w znaną pułapkę dywagacji: do kogo mała jest podobna? Że niby jedno uszko ma po tacie, a usteczka po … moim bracie! Szczęśliwie, nie ma w tym ani odrobiny walki między rodzinami o dominację genotypów. Ja wprawdzie wydostałam ze zdjęciowego bałaganu fotki maleńkiego Jedynaka i porównuję czasem z tymi Wnusi, ale wniosek zawsze mam ten sam. Mała jest piękniejsza! Mam nadzieję, że Jedynak mi wybaczy, takie prawo babci.
Babcia ma jednak i obowiązki. Póki co, hipotetyczne, ale zawsze. I tak obowiązkowo w domu babci powinno pachnieć świeżo upieczonym ciastem, tymczasem ja gotować – nie powiem – potrafię, ale z ciast zawsze wychodzi mi tylko zakalec! Uczę się więc pilnie wertując gwiazdkowy prezent z przepisami na udane ciasta i w okresie świąteczno-noworocznym upiekłam nawet dwa. Cóż jednak poradzę, że nigdy nie lubiłam niczego robić pod dyktando, więc przepisy też przerabiam po swojemu. No i nie jest nudno, o nie! W efekcie moich eksperymentów na noworocznym stole stanęło skrzyżowanie szarlotki z fuki, cokolwiek to znaczy. Nawet dobre, tylko jakieś takie niziutkie. Czyżby zakalec?
Pal sześć, jeśli jest tylko w cieście, ale ostatnio mam wrażenie, że również w naszym życiu – ujmując rzecz metaforycznie – pojawił się zakalec. Dotąd myślałam, że sztywne, „betonowe” nogi przy każdorazowym wstaniu z krzesła, pokonywanie schodów przez wciąganie się po poręczy czy trudności przy przewracaniu się w nocy z boku na bok, to moje największe zmartwienia. To wielka naiwność, a tą w moim wieku nie powinnam już grzeszyć. Bo najgorszy jest niepokój o najbliższe osoby, o ich zdrowie. I niechby to moje życie stało się nawet nudne, żeby tylko nie było takie trudne. Może pomoże, gdy niczym mantrę będę powtarzała gwiazdkową maksymę: „w duecie siła”? I ta siła sprawi, że damy radę, jak to się teraz mówi. Mam nadzieję... Wróć, jestem tego pewna!