Niestety, ta ropucha, nawet skąpana w wonnościach, nie zamieni się w księżniczkę. Jeśli już, to w rozzłoszczoną … mnie samą! Bo to nie bajka żadna, tylko refleksja z moich basenowych doświadczeń i obserwacji. A trochę się ich uzbierało. Na pływalnię chodzę od dawna, ale od czasu, gdy moich nóg uczepił się Pan P. - podtapiam go regularnie dwa razy w tygodniu.

REKLAMA
Żeby nie zaczynać na pesymistyczną nutę stwierdzam autorytatywnie: w ciągu kilku ostatnich lat na bydgoskich basenach zdecydowanie wzrosła liczba pływaków w wieku 40-60 i więcej lat! I choć czasem „pływak” to określenie mocno na wyrost, zjawisko jest bardzo pozytywne. Szczególnie dla kręgosłupów pływających. Zresztą często basen jest „wypisywany na receptę” przez lekarzy, jak choćby przez mojego Doktora Nieustającej Pomocy. Tyle, że on sam – paradoksalnie – nie ma na pływanie czasu. Jakby nie było ruch w wodzie jest dla „dojrzałych” ciał zbawienny i niekoniecznie musi być to pływanie, ale choćby - wybierany szczególnie przez panie - aqua areobic. Co kto lubi. Próbowałam, ale robienie za boję dryfującą w takt muzycznego jazgotu to zdecydowanie nie dla mnie; wolę pływać.
Ale przecież też do muzyki, przynajmniej na tym basenie, gdzie teraz chodzę. To właśnie po dźwiękach dobiegających do przebieralni domyślam się jaki dziś na pływalni jest ratownik. Gdy leci kaszana z Eski, to najpewniej młodziak nr 1, a gdy słyszę perorującą Agnieszkę Chylińską – młodziak nr 2. Za to kiedy wita mnie stary dobry Queen albo Perfect, wiem że nad naszym bezpieczeństwem czuwa ratowanik … doświadczony! Nietrudno zgadnąć, który wariant lubię najbardziej. Tak bardzo, że kiedyś przy longu Carlosa Santany pływałam, zapewne ku radości moich doktorów, głównie na plecach. Przy krytej żabce po prostu mało słychać!
Żabka? Jaka tam ze mnie żabka, już raczej żaba. A zważywszy na brzemię, jakie dźwigam (również na basenie) w postaci Pana P., może nawet ropucha? Kojarzy się niefajnie, ale i ja pewnie odtąd niektórym tak kojarzyć się będę. Bo podglądam ludzi, obgaduję... Mam nawet swoją prywatną klasyfikację basenowych współużytkowników. Począwszy od młodych mięśniaków, którzy wskakują do basenu (a nie można) i od razu tną wodę ostro, aż wybije ich godzina. Bez przerwy i bez zwracania uwagi na to co (i kto) wokół. Daleko im jednak do pływaków oprzyrządowanych, co to każdą kończynę mają uzbrojoną, o masce z rurką nie zapominając. A ja ani myślę „na dnie z honorem lec”, by oni zdobyli sprawność „poszukiwanie wraku”! Bez wypasionego sprzętu, za to z wielkim entuzjazmem, inni (na ogół o pokolenie starsi) panowie na brzegu basenu sztuczki najróżniejsze wyprawiają. Prężą torsy, wciągają brzuchy, że niby ćwiczenia rozciągające robią przed wejściem do wody. Oni też tną ją aż miło, tyle że … interwałowo. Czyli w myśl zasady: co sobie popłyniesz, to sobie odpocznij.
Żeby nie być posądzona o (feministyczny) seksizm przyznam, że po żeńskiej stronie pływalni też bywa śmiesznie. Choćby takie dwie panie: na lądzie tzw. papużki nierozłączki, a w wodzie? W wodzie to one uprawiają coś, co na swój użytek nazwałam pływaniem synchronicznym. Pływają bowiem owe panie, a jakże – równiutko ramię w ramię, na całą szerokość toru. Bezustannie przy tym świergoczą nie zwracając uwagi, że tworzą korki, jak Grunwaldzkiej w szczycie! Kto jednak, widząc to, pomyślał, że powinny – co najwyżej! - pluskać się w brodziku, szybko został ukarany. Oto przepłoszone synchroniczne zmagając się z wodą w pojedynkę okazują się całkiem dobrymi pływaczkami! A że chciały sobie pogadać? Nie one jedne, ale druga kategoria rozgadanych nie blokuje w tym celu basenu, w którym tylko krótko się popluszcze i zmierza ku z góry upatrzonemu celowi, jakim jest jacuzzi. Tyle tylko, że wtedy tam okupacja murowana... Zupełnie odmienną, również wiekowo, żeńską kategorią basenową są tzw. kijanki, jak nazywam młodziutkie, szczuplutkie dziewczyny, które w wodzie i pod wodą poruszają się tyleż zwinnie, co błyskawicznie. Raz to przemkną ci pod samym brzuchem, raz koło lewego ucha, a o prawe zahaczą dając kolejnego nura. Są wszędzie i dasz głowę, że mają skrzela! Ale też zero poszanowania dla zasad obowiązujących na basenie. Niby dlaczego mają karnie pływać wzdłuż, skoro można w poprzek, na skos i jak kto tam jeszcze woli?
Popodglądałam sobie trochę, przyznaję. Ale czy to spojrzenie jakieś okrutnie złośliwe? Raczej takie spod przymrużonego (i zachlapanego) oka. Taka ze mnie ropucha-gawędziucha, lubi sobie pogadać, przede wszystkim jednak popływać. Czy to z paniami synchronicznymi, pluszczącymi czy kijankowymi. Także samo z panami – wyczynowymi, oprzyrządowanymi i z interwałowymi. Ale tu pod jednym warunkiem: pachnidła z bardziej i mniej muskularnych ciał muszą spłynąć pod prysznicem przed wejściem na basen! Inaczej wszyscy pływamy w perfumowanej wodzie, której ostrego zapachu nie czują tylko ich nosiciele. Kiedyś z lubością powtarzano fraszkę Sztautyngera „Myjcie się dziewczyny, nie znacie dnia ni godziny”. Moim zdaniem to mało wybredny żart, ale z desperacji mam coś w tym stylu: „Myjcie się koledzy, bo o użyciu perfum zamiast mydła doniosą szpiedzy”. Cóż bowiem na to poradzić, że jak diabeł boi się święconej wody, tak ropucha – perfumowanej?